Arka sama sobie przerwała serię bez porażki w Gdyni. Ze słabym Piastem Gliwice

Słaba w pierwszej i lepsza w drugiej połowie Arka przegrała w Gdyni ze słabym w całym meczu Piastem Gliwice 1:2 (0:1). Żółto-niebiescy nie wykorzystali wielu sytuacji, a obrona była przeciwieństwem tej, która grała w Poznaniu przeciwko Lechowi.
Konsekwencja w pracy Grzegorza Nicińskiego dotyczy też składu na jaki stawia. Można by rzec: żelazna jedenastka. Zmian w porównaniu do ostatniego meczu w Poznaniu praktycznie nie ma co szukać. Do podstawowego zestawienia wrócił jedynie Dariusz Zjawińskim kosztem Pawła Abbotta, który uporał się już z chwilowymi problemami zdrowotnymi.

Wytypowanie przed meczem faworyta było tak proste, jak to, że Niciński w kolejnym meczu w lidze postawi na tych samych piłkarzy. Nie ma się co oszukiwać, Piast to nie ta drużyna, która zdobywała wicemistrzostwo Polski, a Arka u siebie stworzyła niesamowitą twierdzę z wysokimi murami. Trzeba jednak pamiętać, że w polskiej piłce krążą znane wszystkim teorię, że "gdzieś się przełamać trzeba" i "każda seria kiedyś się kończy".

Znowu to samo

Goście doskonale odrobili zadanie domowe, którego celem było rozpracowanie swojego rywala. Od początku spotkania nie pozwalali gdynianom na konkretne wojaże pod swoją bramką. Grali blisko siebie, agresywnie i szybko doskakiwali do przeciwnika. Pisać natomiast o tradycyjnych trzech kwadransach przed przerwą w wykonaniu Arki jest już monotonne, ale trzeba to odnotować, jeśli po raz kolejny (piąty z rzędu ma to miejsce). Co niepokojące, piłkarze Nicińskiego słabą pierwszą połowę grają już w trzecim kolejnym meczu przed własną publicznością.

Trener gospodarzy póki co nie ma do zaproponowania nic więcej niż swoje 4-5-1 z tymi samymi piłkarzami. Konsekwencja w tym przypadku okazała się wodą na młyn dla gliwiczan, którzy wiedzieli czego spodziewać się po takim ustawieniu żółto-niebieskich.

Granie obu drużyn przed przerwą należałoby schować głęboko pod łóżko i nigdy nie wyciągać. Choć zawodnicy Radoslava Latala gola zdobyli, to zawdzięczają go podziurawionemu murowi Arki przy rzucie wolnym Gerarda Badii. Hiszpan uderzył najgorzej, jak tylko się dało: lekko i w sam środek muru. Wydaje się, że piłka po takim strzale ma prawo jedynie zatrzymać na pierwszej napotkanej zaporze. Okazało się jednak, że mogła też odbić wśród luk między piłkarzami, całkowicie zmylić będącego na wykroku Konrada Jałochę i ślamazarnie wpaść do siatki.

Cała robota Pawła Abbotta

Zmiany w przerwie były konieczne. Gdyński przód stał, Zjawiński był bezproduktywny. To musiało się skończyć wejściem na boisko kogoś, kto będzie idealny przy zamieszaniach w polu karnym, będzie potrafił zastawić i uderzyć sytuacyjną piłkę. Dodatkowo Niciński nie pogardziłby zawodnikiem, który jest ciężki do przebicia w powietrzu. Chwila zastanowienia, rzut oka na ławkę rezerwowych i jest tam jeden, który ma w sobie te wszystkie cechy - Paweł Abbott.

Już parę minut po wejściu "Ubot" zgarnął z powietrza kilka piłek i wywalczył rzut karny (ręce jak latawiec po jego strzale rozpostarł w polu karnym obrońca Piasta Hebert). Trzecie podejście z jedenastu metrów w tym sezonie na gola zamienił Marcus da Silva.

To był impuls. Gdynianie ruszyli, jak wściekły pies, a sam Abbott zmarnował "setkę", którą sam sobie wypracował, kładąc jak dzieci dwóch defensorów gości na zwykły, szkolny zakos. Bramka stała już otworem, piłka idealnie leżała - nic tylko dopełnić formalności. Snajper żółto-niebieskich uderzył jednak dokładnie tam, gdzie instynktownie pofrunął Jakub Szmatuła. Później jeszcze bliźniaczy strzał, i kolejna sytuacja z gatunku "wstydem będzie nie trafić". A jednak. Tego dnia rozszalałemu Abbottowi nic nie chciało wpaść, choć podanie, które otrzymał od Dominika Hofbauera było idealne.

Co się dzieje z niewykorzystanymi sytuacjami, śmiało możemy pokazać na przykładzie Arki. Piast zwycięskiego gola zdobył w samej końcówce, mimo że w drugiej połowie pod polem karnym gdynian był tak rzadko, jak dobre dośrodkowania posyłał w tym meczu Marcin Warcholak. Winy odkupił Hebert, który po centrze z rzutu rożnego wbiegł między obrońców Arki absolutnie bez respektu. Nie musiał go mieć, bo nikt z gdyńskich defensorów za bardzo mu nie przeszkadzał.

Arka przegrała u siebie pierwszy raz od 23 października 2015 roku. I nie byłoby w tym może nic szokującego, gdyby nie fakt, że serię gdynianie przerwali sobie sami i to ze słabo dysponowanym w tym sezonie i w tym spotkaniu Piastem Gliwice.