Lechia - źle, Arka - bardzo źle

Jedno zwycięstwo, dwa remisy i trzy porażki... Pozorny progres w liczbach nie tylko nie przekłada się na dorobek punktowy piłkarzy Arki Gdynia i Lechii Gdańsk w ekstraklasie, ale w dobitny sposób obnaża wszystkie słabe punkty drużyn z Trójmiasta - pisze Maciej Korolczuk z ?Gazety?
O ile cztery punkty zdobyte w trzech meczach przez podopiecznych Jacka Zielińskiego wstydu im nie przynoszą (choć Lechia, grając u siebie ze Śląskiem i Ruchem, oba mecze mogła wygrać), o tyle gra Arki jest zawstydzająca.

Wysoka porażka z Jagiellonią (0:3), tłumaczona przez trenera Czesława Michniewicza "loteryjnością pierwszej kolejki" była pierwszym sygnałem, który z perspektywy czasu i dwóch kolejnych spotkań został zignorowany. Remis w Zabrzu (2:2) po - oddajmy cesarzowi co cesarskie - niezłej grze sprawił, że kibice odzyskali (na chwilę) wiarę w zespół. Już niedzielny mecz z Piastem (0:1) tych samych kibiców brutalnie sprowadził jednak na ziemię.

Na pierwszy plan w Arce wysuwają się niezrozumiałe ruchy kadrowe - np. na ostatnim treningu przed niedzielnym meczem Marcin Wachowicz przewidziany był do pierwszej jedenastki, ale w ostatniej chwili ustąpił miejsca Marcinowi Pietroniowi, który z Piastem zawalił bramkę. Oprócz tego boli niczym nieuzasadnione promowanie na siłę piłkarzy, którzy na boisku nie wnoszą do gry żadnej jakości. Przemysław Trytko w niedzielę do zmiany nadawał się już w przerwie, a w zasadzie nie nadawał się do niczego. Z kolei na marnowanie na skrzydle potencjału najskuteczniejszego w zespole Zbigniewa Zakrzewskiego Arki po prostu nie stać.

Porażka z Piastem była do przewidzenia już w trakcie pierwszej połowy. Atak skrzydłami to sól współczesnej, nowoczesnej piłki. Kiedy jednak za rozgrywanie akcji ofensywnych biorą się skrajni obrońcy (długie, niedokładne podania do napastników) to znak, że pomysłu na ich rozegranie brakuje nie tylko ich kolegom ze środka pola, ale i trenerowi, który nie potrafi w odpowiedni sposób zareagować na przebieg wydarzeń. Kiedy reakcja już nastąpiła, każda piłka przechodziła przez Macieja Scherfchena, defensywnego pomocnika odpowiedzialnego głównie za destrukcję. Z pewnością były pomocnik Lecha gołowąsem już nie jest. Z Piastem grał z pełnym zaangażowaniem, ale jeśli przez debiutanta (nawet najbardziej doświadczonego) przechodzą wszystkie piłki do przodu, to nie mogło się to skończyć dobrze.

Czarne chmury, jakie zebrały się nad Olimpijską i zafrasowaną głową Michniewicza, Gdynię opuszczą już w sobotę. Bynajmniej nie będzie to skutek pierwszego dnia kalendarzowej wiosny, lecz ligowej wyprawy do Poznania. Piłkarze, sami nie wierząc w to co mówią ("Jedziemy po zwycięstwo"), niby dodają sobie otuchy, że są w stanie to osiągnąć, ale po takich meczach jak niedzielny z Piastem wystawiają wiarę kibiców na najcięższą próbę. Bo jeśli u siebie z drużyną pokroju Piasta nie potrafią przy sobie zatrzymać choćby punktu, to na mecz z Lechem jadą jak na ścięcie.

Arkowcy narzekają na niesprzyjający kalendarz, który wygląda niezbyt optymistycznie (kolejno Lech, Legia, ŁKS, Wisła). Ale jednocześnie zapominają, że jesienią ich rywale też nie mieli lekko. Skoro teraz Arka ma pod górkę, to o punkty winna zadbać w poprzedniej rundzie.

Piłkarska wiosna zaczęła się w Trójmieście upiornie, a widmo spadku bądź baraży zagląda w oczy coraz śmielej. Warto dodać, że na zapleczu ekstraklasy o awans walczą drużyny, gdzie potencjał piłkarski czy rzesze kibiców wyglądają co najmniej tak, jak w Gdyni czy Gdańsku. Zagłębie Lubin nie po to budowało nowy stadion, by kopać się po czołach z Turem Turek czy Flotą Świnoujście. Widzew Łódź, pod wodzą Pawła Janasa i z zastępem zakurzonych, ale jednak dobrych piłkarzy (Jarosław Bieniuk, Radosław Matusiak), zrobi wszystko, żeby zasłużony klub wyprowadzić z ligowego niebytu. Korona Kielce też nie składa broni i można być pewnym, że w barażu o ekstraklasę przyjdzie rywalizować z jedną z tych drużyn.