Arka była lepsza od mistrza Polski. Zabrakło tylko bramki

Przed meczem punkt przy Bułgarskiej Arka wzięłaby w ciemno. Z przebiegu gry zasłużyła jednak na zwycięstwo, które dwie minuty przed końcem powinien zapewnić Tadas Labukas
- Zagraliśmy dobry mecz, zasłużyliśmy na punkt - podsumował trener Arki Dariusz Pasieka. Szkoleniowiec z Gdyni chwalił swoich piłkarzy i po raz pierwszy odkąd przejął zespół nie były to słowa na wyrost.

Mecz z Lechem potwierdził, że dobry występ Arki przed tygodniem z Wisłą Kraków (porażka 0:1) nie był przypadkowy. Nie zmienia tego nawet fakt, że Lech zagrał od wicemistrzów Polski o klasę słabiej, czego efektem było 11 strzałów na bramkę Arki, z których ani jeden nie był celny. - W piłce liczą się bramki, a my ich nie strzelamy - przyznał rozgoryczony postawą zespołu trener Lecha Jacek Zieliński. - Mimo obecności na boisku właściwie całej formacji ofensywnej nie przełożyło się to na sytuacje podbramkowe. Skuteczność to nasza pięta achillesowa. Idzie nam jak po grudzie - dodał.

W porównaniu do pierwszego meczu w składzie gdynian doszło do dwóch zmian. W ataku od pierwszych minut zagrał Kameruńczyk Joseph Mawaye (za Tadasa Labukasa) i szczególnie na początku meczu jego pojedynki z twardym jak skała Manuelem Arboledą zapowiadały się jako ozdoba meczu. Drugą korektą Pasieki była zamiana pozycji Miroslava Bożoka (wrócił na lewe skrzydło) i Denisa Glaviny, który zajął miejsce Słowaka na prawej stronie. O ile pierwszy z nich wyraźnie odżył i zagrał o niebo lepiej niż przed tygodniem z Wisłą, o tyle Glavina długimi momentami znikał z boiska. A kiedy wracał, grał nierówno i widać było, że czym prędzej chciałby uciec na przeciwległą stronę. Podobnie jak przed tygodniem Glavina jako pierwszy podchodził do wykonywania stałych fragmentów gry i kiedy w 8. minucie nadarzyła się pierwsza okazja, fatalnie zmarnował dogodny rzut wolny. Później ochota do kopania stojącej piłki mu przeszła, za co z lepszym skutkiem wziął się Filip Burkhardt.

Przeciw byłym kolegom od pierwszych minut zagrał w Lechu Joel Tshibamba, jednak bez problemów poradził z nim sobie duet Maciej Szmatiuk - Michał Płotka. - To stały numer, że trener daje szansę gry piłkarzowi, który do niedawna grał u nas - skomentował przed meczem Pasieka. Tshibamba nie pokazał jednak nic wielkiego i przed upływem godziny gry wyraźnie niezadowolony zszedł z boiska.

Arka imponowała spokojem i konsekwencją zarówno w defensywie, jak i ataku. Starał się jak mógł Mawaye. W 46. minucie uciekł Arboledzie, minął Ivana Djurdjevicia, ale zbyt długo zwlekał z oddaniem strzału i piłkę spod nóg wybił mu wracający Kolumbijczyk. Dużo ożywienia wprowadził też Mirko Ivanowski, który po podaniu od Bożoka w dogodnej sytuacji o ułamek sekundy spóźnił się z uderzeniem.

Wcześniej Arka też mogła strzelić bramkę. Jeszcze w pierwszej połowie świetne dośrodkowanie Glaviny na bramkę powinien zamienić Paweł Zawistowski, ale podobnie jak tydzień wcześniej w Krakowie pod bramką rywala zabrakło mu zimnej krwi.

W końcówce piłkarze Arki sprawili, że tytuł bohatera meczu powędrował do Jasmina Buricia. Najpierw bramkarz "Kolejorza" obronił dobry strzał głową Szmatiuka (znów wrzutka Glaviny), a w 88. minucie obronił strzał Labukasa. Litwin miał piłkę meczową, kiedy najpierw Emil Noll głową, a następnie Ivanowski nogą wyprowadzili błyskawiczną kontrę. Labukas minął Dimitrija Injaca i stanął oko w oko z Buriciem. Bramkę dla Arki widziałaby już wówczas tylko część widzów, bo rozczarowani fatalną grą swoich piłkarzy fani Lecha od kilku dobrych minut opuszczali stadion przy Bułgarskiej.

Arka zagrała w Poznaniu najlepszy mecz od czasu, kiedy trenerem jest Pasieka. Jeśli do meczu z Górnikiem Zabrze jego piłkarze poprawią skuteczność, szanse, by kibice Arki wyszli w sobotę ze stadionu wcześniej niż końcowy gwizdek arbitra, będą minimalne.

Mówi Maciej Szmatiuk

Maciej Korolczuk: Nie taki Lech straszny, jak go malowano...

Maciej Szmatiuk: Z jednej strony na pewno, a z drugiej ich gra wyglądała tak, a nie inaczej, bo nie pozwoliliśmy im na nic więcej. Zagraliśmy dobrze w defensywie, która zaczynała się już od Josepha Mawaye, który mocno napracował się w ataku. Poza sytuacją Sławomira Peszki, który dostał szczęśliwą piłkę i strzelił w boczną siatkę, i strzale nad poprzeczką Artjomsa Rudnevsa gospodarze nie stworzyli sobie dogodnych sytuacji. My mieliśmy ich zdecydowanie więcej.

Zagraliście perfekcyjnie taktycznie, mimo że był to dopiero wasz drugi mecz w nowym, międzynarodowym składzie.

- Nasza gra pozytywnie wyglądała już w przedsezonowych sparingach, a mecze z Wisłą i Lechem są tylko tego potwierdzeniem. Sprawiliśmy dwóm najlepszym polskim drużynom sporo kłopotów, bo staramy się realizować filozofię, jaką przekazuje nam trener Pasieka. Poza tym na boisku dużo ze sobą rozmawiamy i pomagamy sobie wzajemnie, a wtedy gra się zdecydowanie łatwiej.

Po ostatnim gwizdku była radość z punktu, czy mimo wszystko niedosyt, że nie udało się wygrać, po tym, jak 100-procentową sytuację zmarnował Tadas Labukas?

- Miałem mieszane uczucia. Gdyby przed meczem ktoś nam dawał punkt na boisku mistrza Polski, pewnie nie byłoby nikogo, kto by na to nie poszedł. Z drugiej strony pozostał niedosyt, bo byliśmy lepsi. No i można dodać, że w zeszłym sezonie podobne mecze przegrywaliśmy.

Rozmawiał Maciej Korolczuk



Oceny Arki

Norbert Witkowski. Bezbłędny na przedpolu, choć w 69. min nierówna murawa spłatała mu figla, którego nie wykorzystał Artur Wichniarek. Rywale oddali co prawda 11 strzałów, ale żaden z nich nie dał Witkowskiemu okazji do wykazania się.

Marciano Bruma. Mrówcza praca na prawej stronie, choć popełnił dwa błędy, po których Lech mógł strzelić bramkę. Najpierw po jego kiksie szansę miał Sławomir Peszko, ale strzelił w boczną siatkę, potem Holender faulował w polu karnym Artjomsa Rudnevsa, ale sędzia nie podyktował rzutu karnego. Poza tym Bruma świetnie radził sobie z atakami Lecha.

Maciej Szmatiuk. Ostoja defensywy i jak zwykle groźny przy stałych fragmentach gry w ataku. Mógł zostać bohaterem w 80. min, ale po jego strzale głową na to miano zasłużył bramkarz Lecha. Tam, gdzie Szmatiuk miał szczęście, nieudolnością razili rywale - po jego zagraniu ręką tuż przed polem karnym, fatalnie z wolnego spudłował Wichniarek.

Michał Płotka. Ofiarność przypłacił kontuzją łuku brwiowego, kiedy w powietrznej walce został uderzony łokciem przez Joela Tshibambę. Świetnie uzupełniał się ze Szmatiukiem i jeśli jego forma nadal będzie szybować, nawet zdrowy Ante Rozić na debiut w ekstraklasie będzie musiał poczekać.

Emil Noll. Najmniej widoczny z obrońców, ale to nie oznacza, że najmniej ważny. Wyłączył z gry reprezentanta Polski Peszkę, dobrze współpracował z Bożokiem, który dzięki spokojowi w defensywie mógł więcej sił poświęcić na grę do przodu.

Denis Glavina. Poprawił koncentrację i precyzję przy stałych fragmentach, ale za często był poza grą. Póki co - nie zachwyca, choć możliwości ma.

Filip Burkhardt. Dzielnie stawił czoła tandemowi defensywnych pomocników Lecha Tomasz Bandrowski - Dimitrije Injac. Widać było, że coraz lepiej rozumie się z Budzińskim i Zawistowskim. Czas wyraźnie działa na ich korzyść.

Paweł Zawistowski. Pod bramką rywala brakuje mu zimnej krwi. Z Wisłą i Lechem zmarnował niemal identyczne okazje, w których nogi pętały mu gordyjskie węzły.

Marcin Budziński. Stare porzekadło mówi, że lepiej mądrze stać, niż głupio biegać. Tymczasem on biegał, biegał, biegał... I przez 90 minut robił to z głową na karku. Jeden z jego najlepszych meczów w Arce.

Miroslav Bożok. Wrócił na lewą stronę i odżył, czym nie tylko sobie udowodnił, że prawa pomoc nie jest dla niego stworzona. Pasieka ma z nim problem, bo na lewej stronie ma grać Glavina, a na prawej nie potrafi żaden z nich.

Joseph Mawaye. Najbardziej poturbowany piłkarz Arki, ale nie ma się czemu dziwić, bo grał przeciwko Manuelowi Arboledzie. Kameruńczyk zaczął z animuszem, ale im dłużej zderzał się z kolumbijskim czołgiem, tym ochota do gry uchodziła z niego żwawiej.

Mirko Ivanowski i Tadas Labukas grali zbyt krótko, by ich oceniać.

oprac. mkor