Andrzej Czyżniewski: Nowy stadion ponad podziałami

- Tylko przy Ejsmonda z trybun roztaczał się widok na morze i zacumowane w porcie statki. Czuć tam było zapach morza - mówi Andrzej Czyżniewski, były piłkarz Bałtyku i Arki, który wspomina stadiony w Gdyni
Maciej Korolczuk: Sobota to zakończenie pewnej epoki i jednocześnie początek nowego rozdziału w historii gdyńskiej piłki.

Andrzej Czyżniewski: Lepiej nie można tego ująć. Komfort oglądania meczów będzie teraz zupełnie inny. Oby te karty były zapisane jak najpiękniej.

Chciałoby się powiedzieć: stadion już jest, czas na wyniki.

- Wielu ludzi pracuje ciężko w Arce właśnie po to, byśmy nie musieli przez następnych iks lat celebrować jednego sukcesu. Bez marzeń nie ma postępu, a ja wierzę, że ciężka praca przyniesie w końcu efekty. Dostaję tylko wysypki, kiedy patrzę na miejsce w tabeli, bo ono nie jest adekwatne do nakładu pracy ani potencjału drużyny.

Cofnijmy się w czasie. Pierwszym, a dziś już nieistniejącym, obiektem Arki był stadion przy Ejsmonda. To z tym miejscem wiążą się najbardziej pozytywne wspomnienia w historii Arki?

- Nie tylko Arki. Mojej także. To tam debiutowałem w wieku 23 lat w I lidze. To tam drżały mi kolana. To tam, stojąc w tunelu, widziało i słyszało się to mrowie ludzi, przed którymi trzeba było wyjść i grać. To były piękne czasy.

Jakie były okoliczności pańskiego debiutu przy Ejsmonda?

- Graliśmy w październiku z GKS Tychy. Wygraliśmy 2:1, a ja wpuściłem piłkę między nogami. Na szczęście to był pierwszy i bodaj ostatni taki gol w mojej karierze. Los mnie pokarał, bo strzelcem bramki był piłkarz o nazwisku Czarnynoga, które, kiedy jeszcze grałem w III-ligowym Zachemie Bydgoszcz, wzbudzało we mnie salwy śmiechu. Mina mi zrzedła, kiedy mnie pokonał w moim debiucie i zepsuł mi święto.

Da się porównać atmosferę, która panowała przy Ejsmonda, do tej, która była później przy Olimpijskiej?

- Tamten klimat był niepowtarzalny. To był prawdopodobnie jedyny stadion w Polsce, z trybun którego roztaczał się widok na morze i zacumowane w porcie statki. Tylko tam czuć było zapach morza. Ale też ze sportowego punktu widzenia wspominam tamto miejsce z sentymentem. Nie pamiętam treningu, żeby na trybunach nie było kibiców. Zawsze towarzyszyła nam grupka fanów, którzy przychodzili na stadion codziennie, bez względu na pogodę czy wyniki drużyny. Dzisiaj tego brakuje, choć na treningach można jeszcze czasem zobaczyć stare dobre twarze, które bywały przy Ejsmonda. Oby część tamtej atmosfery przeniosła się teraz na nowy obiekt.

Najdonioślejszym momentem był zdobyty Puchar Polski i mecze z Beroe Stara Zagora.

- Mam tę satysfakcję, że grałem w każdym meczu tamtych rozgrywek. Tuż po napisanej maturze, wsiadłem w auto i pędziłem do Lublina, by zdążyć na finał Pucharu Polski. Pech chciał, że na rozgrzewce trener Czesław Boguszewicz poinformował mnie, że postawi jednak na Włodka Żemojtela. Do historii nie przeszedłem, choć trzy dni wcześniej zremisowaliśmy z Legią w Warszawie i nieskromnie powiem, że jam ci to sprawił, bo wszystkie gazety pisały wówczas, że Czyżniewski zatrzymał Legię. A wracając do finału, to po rozgrzewce zmieniłem mokre ciuchy na suche, a mecz obejrzałem z ławki.

Polecamy - Trójmiejski sport na żywo



Tamte czasy to też sukcesy Arki w lidze.

- Doskonale pamiętam, kiedy przyjechała do Gdyni naszpikowana gwiazdami Legia, a wyjechała stąd w popłochu z bagażem trzech bramek. Gazety pisały wtedy, że morski wiatr zaszkodził mistrzom.

Dobrze by było ten wynik powtórzyć w przedostatniej kolejce obecnego sezonu.

- Byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. W piłce nie można być niczego pewnym i takiego wyniku nie można dzisiaj wykluczyć. Ale stać nas na strzelenie Legii trzech bramek.

Po 70 latach na Ejsmonda wyrosły korty, a Arka przeniosła się na Olimpijską. A pan zdążył zakończyć piłkarską karierę i został sędzią.

- W międzyczasie pracowałem jeszcze w cukierni mojego teścia, zdobywając uprawnienia cukiernika-czeladnika. Na piłce nie dorobiłem się majątku, to były inne czasy. Owszem, zarobki były nieco wyższe od przeciętnych, ale za odłożone pieniądze można było sobie kupić tylko i aż kolorowy telewizor. A ja musiałem za coś utrzymać rodzinę, więc poszedłem do normalnej pracy. Po rozbracie z piłką przybyło mi tylko kilka kilogramów (śmiech).

Jak wyglądały początki Arki przy Olimpijskiej?

- Żyliśmy drzwi w drzwi z Bałtykiem i muszę powiedzieć, że nasze relacje układały się zupełnie inaczej, niż ma to miejsce dzisiaj. Spełniałem rolę łącznika między Arką a Bałtykiem, potrafiliśmy się dogadać, biura mieliśmy obok siebie. Graliśmy w jednej lidze. Nasi kibice żyli ze sobą w lepszych relacjach, zupełni inaczej układały się relacje między piłkarzami, trenerami czy działaczami. Dzisiaj oprócz zmieniającej się na lepsze infrastruktury, zmieniają się także - tyle że na gorsze - te relacje. Szkoda.

Kością niezgody był stadion.

- Nie nazywałbym tak tego. Nie ekscytuję się tym. Bałtyk widzi to w ten sposób, że Arka przyszła na gotowe i rozgościła się na ich obiekcie. Z kolei kibice Arki uważają, że nowy stadion powstał dzięki ich inicjatywie. A ja staram się być ponad podziałami i uważam, że najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że Gdynia ma nowy, piękny stadion.

Olimpijska była gospodarzem jednego meczu reprezentacji. W 1991 r. Polska wygrała 2:1 ze Szwecją. Kibice w Gdyni liczą, że na nowym stadionie takich meczów będzie więcej.

- Organizacja takiego meczu leży w gestii prezesa okręgowego związku piłki nożnej. Stary stadion był też świadkiem symbolicznych zdarzeń. To tam, a nie w Gdańsku, odbyło się piłkarskie pożegnanie legendy Lechii Zdzisława Puszkarza, które jako oldboje Bałtyku mu zorganizowaliśmy, a ja osobiście bardzo się w to zaangażowałem. Odbyły się też mecze pożegnalne Janusza Kupcewicza i Tomasza Korynta. To przy Olimpijskiej odbywały się kultowe mecze o Puchar Lata z udziałem AEK Sztokholm czy austriackiej Admiry Wacker oraz cykliczne spotkania towarzyskie z Hansą Rostock. Bałtyku nie byłoby bez ludzi, którzy ten klub budowali: prezesa Zbigniewa Brewki, Stanisława Głowackiego, posła Cupisza. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak zasłużeni ludzie muszą wystawać dzisiaj w kolejce po bilety. Dla mnie jest to niepojęte.