Sport.pl

Szmatiuk przed Górnikiem: Napastnicy - pobudka!

- W Zabrzu możemy zawalić pięć bramek, pod warunkiem, że strzelimy sześć. Napastnicy muszą się odblokować, inaczej trudno o dobry wynik - mówi kapitan Arki Gdynia Maciej Szamtiuk
Maciej Dzwonnik: Otrząsnęliście się już po laniu z Lechem Poznań?

Maciej Szmatiuk: Końcówka meczu była zabójcza, ale na nasze życzenie. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, szczególnie przy pierwszym golu. Po meczu mieliśmy do siebie sporo pretensji i padło trochę cierpkich słów. Lepsze to jednak, niż gdybyśmy bez słowa rozjechali się do domów od razu po wyjściu spod prysznica. Atmosfera się oczyściła i teraz powinno być już lepiej.

Wasza gra wyglądała nieźle w obu wiosennych meczach. Oba jednak przegraliście po golach w końcówce. Z czego to wynika?

- Z braku koncentracji. Może część zawodników pomyślała, że mamy już remis i to nas rozkojarzyło? A grając na remis, się nie wygrywa. Pora wreszcie się obudzić. Nie tylko w defensywie, ale przede wszystkim w ataku.

Z Josephem Mawaye w wyjściowym składzie?

- Mawaye na treningach i w sparingach prezentuje się świetnie, a w lidze się spala. Nie jest w łatwej sytuacji, gra w Gdyni już rok i jeszcze nie zdobył bramki. Kibice i dziennikarze wyliczają mu kolejne mecze bez gola. Może nie radzi sobie z presją? Wszystko zależy od niego, od tego, w jakim stopniu będzie potrafił odciąć się od nagonki. Ostatnio trenujemy dużo stałych fragmentów gry, ale trudno opierać na nich całą taktykę gry w ataku. Mawaye jest pełnoprawnym członkiem drużyny, na treningach staramy się go wspierać i wierzymy, że wreszcie się odblokuje.

Z Lechem zagrał pan jako defensywny pomocnik i był to udany występ. W Zabrzu wróci pan już jednak do linii obrony.

- Zmiana wynikała z absencji Michała Płotki. Ostatni raz na tej pozycji wystąpiłem osiem lat temu, w II albo III lidze. Cieszę się, że trener Pasieka był zadowolony. Liczę jednak, że z Górnikiem zagram z powrotem na środku obrony. Najlepiej czuję się właśnie tam.

Dziś gracie z Górnikiem, w którym grał pan w sezonie 2000/01.

- Grał to za dużo powiedziane, byłem w kadrze zespołu. W trakcie tamtego sezonu opiekowało się nami aż sześciu trenerów, m.in. Antoni Piechniczek, Waldemar Fornalik, Jan Żurek czy Marcin Bochynek. Już w pierwszym sezonie profesjonalnej kariery poznałem zatem warsztat większości czołowych szkoleniowców polskiej ligi. Dodatkowo na stadion Górnika z rodzinnej Sośnicy miałem raptem trzy minuty, może pięć przy czerwonych światłach. Piątkowy mecz będzie więc dla mnie okazją do powrotu w rodzinne strony. Choć wątpię, żebym zdążył odwiedzić dom choćby na parę minut.

W Górniku pierwsze skrzypce grali wtedy Michał Probierz, dziś trener Jagielloni Białystok, Adam Kompała, Jacek Wiśniewski, Piotr Gierczak i Andrzej Bledzewski. Jak czuł się pan w towarzystwie tak uznanych graczy?

- Mimo młodego wieku starsi zawodnicy przyjęli mnie bardzo dobrze. Na pewno nie byłem w żaden sposób tłamszony. Najlepsze relacje miałem z Jackiem Wiśniewskim, otoczył nade mną parasol ochronny i pilnował, żebym dobrze się prowadził i nie chlapnął czegoś niepotrzebnego. Byłem podirytowany niewielkimi szansami na grę, co jasno wyartykułował mi Fornalik. Po rozmowie z nim podjąłem decyzję o opuszczeniu Górnika.

Jaki wynik padnie w Zabrzu?

- Obojętne jaki, byleby wreszcie zwycięski dla Arki. Nie musi to być nawet wynik do zera, możemy zawalić pięć bramek, pod warunkiem, że strzelimy sześć. Nasi napastnicy muszą się jednak wreszcie odblokować, inaczej trudno o dobry wynik.

Polecamy - Najnowsze informacje sportowe z Trójmiasta