"Zatrudnienie Frantiska Straki w Arce to sabotaż"

Czy zatrudnienie Frantiska Straki, niemającego zielonego pojęcia o polskiej lidze trenera australijskiego klubu-bankruta, okaże się zbawieniem dla piłkarzy Arki Gdynia? - zastanawia się Maciej Dzwonnik z "Gazety".
Stań się fanem Trójmiasto - Sport.pl na portalu Facebook

Dla trenera Dariusza Pasieki przygoda z Arką skończyła się dużo wcześniej, niż przewidywał on sam i większość kibiców. Choć głosy o potrzebie poszukiwania następcy pojawiały się już od jakiegoś czasu, to wydawało się, że jego pozycja w klubie jest niezagrożona. Czarne chmury nad Pasieką zaczęły zbierać się po zremisowanym w słabym stylu meczu z Zagłębiem Lubin. Czy jednak katastrofalna gra w drugiej połowie, która de facto zadecydowała o zwolnieniu trenera, była tylko jego zasługą?

Pasieka jest trenerem, którego da się lubić. Uprzejmy, elokwentny, wyrozumiały. W postawie swoich podopiecznych zawsze starał się dostrzegać tylko pozytywy. Wolał widzieć wszystko w jasnych barwach, ot, taki to optymistyczny typ człowieka.

Powodów do optymizmu ostatnio jednak nie miał, Arka w czterech meczach rundy wiosennej zdobyła tylko dwa punkty. Czy stać ją było na więcej? Wątpliwe. W meczu z Wisłą Kraków, inaugurującym rundę wiosenną, Arka przez 85 minut była równorzędnym przeciwnikiem dla obecnego lidera tabeli, gola straciła po indywidualnym błędzie obrońcy. W kolejnym spotkaniu, z mistrzem kraju Lechem Poznań, kibice przeżyli deja vu. Gdynianie ponownie długo stawiali zacięty opór wyżej notowanemu rywalowi, a o wysokiej porażce zdecydowała dekoncentracja w końcówce. Podkreślali to zresztą piłkarze tuż po spotkaniu, obwiniając bardziej siebie niż trenera. Kto zresztą oczekiwał w tych spotkaniach zdobyczy punktowych, musiał być wielkim optymistą.

Na mecz z Górnikiem do Zabrza gdynianie jechali w minorowych nastrojach. Zwłaszcza że gospodarze oczekiwali ich opromienieni zwycięstwem 5:1 z Zagłębiem. Podopieczni Pasieki jednak zaskoczyli i byli bardzo blisko wywiezienia z gorącego terenu w Zabrzu kompletu punktów. Skończyło się na 2:2 i żółtych kartkach dla Emila Nolla i Tadasa Labukasa, eliminujących ich z kolejnego spotkania z Zagłębiem. Spotkania, które zadecydowało o zwolnieniu Pasieki.

Co ciekawe, w pierwszej odsłonie tego meczu Arka ponownie prezentowała się całkiem nieźle. Strzeliła pierwszą ligową bramkę na swoim nowym stadionie, kilkakrotnie zagrażała bramce Borisa Isailovicia. Druga połowa rzeczywiście była katastrofalna, ale czy trenerowi pracującemu 1,5 roku z zespołem (to czwarty staż w lidze) należy podziękować po 45 minutach jednego meczu?

Pasieka nie jest słabym trenerem. Nauczył zawodników gry w obronie (jesienią przez długi czas Arka miała najmniej straconych bramek w lidze), poprawił ich tężyznę fizyczną i wpajał całkiem obiecującą taktykę. Jego starania nie trafiały jednak na podatny grunt. Często nie miał też po prostu pola manewru, zwłaszcza w linii ataku. Większość trenerów w ekstraklasie, mając do dyspozycji takich zawodników, jak beznadziejny Joseph Mawaye, zmarźlak Junior Ross, czy krnąbrny i kontuzjogenny Mirko Ivanovski, załamałaby ręce i rzuciłaby wszystko w diabły, byle tylko niezrozumiałej polityki transferowej klubu nie firmować swoim nazwiskiem. Polityki, na którą wpływ Pasieka z pewnością miał, ale nie tak duży, jak by sobie tego życzył. Chciał angażu Wojciecha Kowalewskiego, Mateusza Bartczaka i Vuka Sotirovicia, ale jak to się skończyło, wszyscy pamiętamy. Arka wzmocniona takimi piłkarzami radziłaby sobie dużo lepiej, a brak wzmocnień to bardziej zasługa dyrektora sportowego Andrzeja Czyżniewskiego, który odpowiada właśnie za negocjacje transferowe.

Następcą Pasieki został niespodziewanie Straka. Dziwny to wybór. Czech ma w swojej ojczyźnie opinię podobną jak u nas Stefan Majewski. Że jest trudny w codziennych relacjach, że nie tłumaczy się ze swoich, czasem niezrozumiałych, decyzji taktycznych. Taki trenerski freak. Ostatnie miesiące, które przepracował w australijskim North Queensland Fury, potwierdzają te słowa. Drużyna prowadzona przez Strakę grała futbol bardzo... radosny. Niespecjalnie przejmowała się defensywą, bardziej liczył się show. Klub osiągał bardzo słabe wyniki, a przez brak płynności finansowej niedawno zbankrutował. Straka był tam jednak gwiazdą. Nie dzięki warsztatowi trenerskiemu, a poprzez dostarczanie rozrywki właśnie. Mówiło się, że obejmie drużynę Melbourne Victory, zdecydował się jednak na powrót do Europy. Za granicą Straka ma opinię "szkoleniowca zmieniającego kluby częściej od skarpetek".

Jeśli ten schemat powieli w Gdyni, to rozrywki dostarczy przede wszystkim drużynom rywali, które chętnie widziałyby gdyński klub w I lidze. A sam ponownie zmieni miejsce zatrudnienia, jak to ma w zwyczaju.

Polecamy - Trójmiejski sport na żywo



Czy Frantisek Straka będzie zbawcą Arki?