Rozłam wśród fanów Arki Gdynia. Kibice utarli nosa kibolom

W trakcie środowego meczu Arki z Legią Warszawa (2:5) doszło do konfliktu między kibicami gospodarzy. Ci z trybuny dla ?najbardziej zagorzałych? fanów chcieli protestować, a pozostali... dopingować swój zespół. Nerwów na wodzy nie utrzymał też dyrektor sportowy Arki Andrzej Czyżniewski.
Na trybunie "Górka" położonej za jedną z bramek na stadionie w Gdyni zasiadają najbardziej zagorzali kibice Arki. To oni zawsze odpowiadali za doping i wspierali swoją drużynę w najtrudniejszych momentach. Do czasu. Po tym, jak polskie stadiony opanowała kibolska akcja protestacyjna wymierzona przeciwko domniemanej nagonce na kiboli przez rząd, media i PZPN, również fanatycy Arki zaniechali dopingu. Umówili się, że na mecz przyjdą ubrani na czarno i zaniechają jakichkolwiek form kulturalnego wspierania zespołu. Co więcej, przed spotkaniem z warszawskim zespołem wyposażyli się w setki brzęczących trąbek oraz wuwzel, które pamięta każdy kto oglądał Mundial w RPA. Nieprzyjemne brzęczenie towarzyszyło piłkarzom od pierwszego gwizdka i bynajmniej nie pomogło piłkarzom Arki, których pozycja w tabeli przed meczem była bardzo zła, a teraz jest wręcz beznadziejna.

Czyją stronę trzymasz? - wypowiedz się na naszym Facebooku! »


Od początku meczu z Legią na trybunach stadionu w Gdyni panował więc chaos. Dopingu nie było, był za to harmider wywołany dęciem w wuwuzele stojących na "Górce" pseudokibiców. Przy stanie 0:4 część z nich zaczęła opuszczać stadion. Parę minut później kapitan zespołu Maciej Szmatiuk w ciągu dwóch minut strzelił dwie bramki i doprowadził do stanu 2:4. Wtedy obudzili się kibice z położonej wzdłuż boiska trybuny "Tory", największej na stadionie. Widząc, że wynik meczu znów jest sprawą otwartą, wyłamali się z zarządzonego przez mniejszość protestu i zaczęli prowadzić intensywny doping. Spotkało się to z zupełnym brakiem zrozumienia fanatyków Arki, dla których ważniejsza była ogólnokrajowa akcja kibolska, niż dobro własnego zespołu. Zaczęli gwizdać na fanów dopingujących własny zespół. Kibice z "Torów" nic jednak sobie z tego nie robili i dalej dopingowali w najlepsze, kompromitując przy tym totalnie inicjatywę kiboli.

Po końcowym gwizdku nerwów na wodzy nie utrzymał dyrektor sportowy Arki Andrzej Czyżniewski, który stanął naprzeciw "brzęczącej" trybuny i w żołnierskich słowach wyartykułował co sądzi o takiej formie dopingu. W odpowiedzi usłyszał krótkie - Wypier....j. Następnie poszedł podziękować za doping normalnym kibicom, ale słysząc lżenie ze strony "Górki" nie wytrzymał i ponownie ruszył w ich stronę. Wyglądało to tak, jakby sam chciał rozprawić się z całą trybuną. Rozwścieczonego dyrektora chcieli odciągnąć ochroniarze, wyręczył ich w tym jednak... napastnik Mirko Ivanovski.

- Ci co odmówili wsparcia Arce w takim meczu, nie mają prawa nazywać się kibicami. Trzeba walczyć do końca. Przecież jeszcze nie spadliśmy! - grzmiał po meczu wzburzony Czyżniewski.

Warto nadmienić, że pozostałe drużyny zagrożone spadkiem, czyli Polonia Bytom i Cracovia, środowe mecze rozgrywały na własnych stadionach i na obu obiektach fani prowadzili nieustanny doping. W odróżnieniu od fanatyków Arki wyłamali się z ogólnokrajowego kibolskiego protestu w imię dobra swoich klubów.

- Widziałem zachowanie kibiców, choć trudno ich nazwać kibicami. Nie mam im nic do powiedzenia - komentował na gorąco Miroslav Bożok, pomocnik gdynian. Ten sam, który po porażce z Ruchem kajał się przed nimi, pomimo że kibole grozili wtedy piłkarzom Arki pobiciem.

Czy kibice ze środkowej trybuny mieli rację wyłamując się z kibolskiego protestu?