Sport.pl

Dzień z kapitanem Arki. Dzień po klęsce z Legią (2:5) reporterzy "Gazety" towarzyszyli strzelcowi obu bramek Maciejowi Szmatiukowi

Mijamy plakat Arki, na którym Maciej cieszy się po strzelonym golu. - Pewnie to zedrą, jak się nie utrzymamy - mówi piłkarz Arki przed wyjazdem do Wrocławia, gdzie Arka musi wygrać ze Śląskiem i liczyć, że punkty pogubią rywale.
godz. 7

Pobudka. Ciężka noc po środowym, przegranym meczu z Legią Warszawa. - Śniadanie raczej symboliczne. Przed porannym treningiem nie jestem zwykle bardzo głodny, a po wczorajszym meczu zupełnie nie mam apetytu.

godz. 8.30

Maciej musi wyjść z psem Roxy, więc ruszamy na spacer w kierunku bulwaru. Rozmawiamy o spotkaniu z Legią i o sytuacji w drużynie.

- Nie czuję się najlepiej. Zawaliliśmy ten mecz. Legia poczuła, że może z nami wygrać, my jej nawet w tym pomogliśmy swoją postawą, indywidualnymi błędami, które zadecydowały o końcowym wyniku. Ale to nie tylko ten mecz zadecydował o naszej sytuacji w tabeli. Przecież my potraciliśmy punkty z Zagłębiem Lubin, Lechią Gdańsk, Koroną Kielce, GKS Bełchatów... Sytuacja tak się układa, że wciąż mamy szansę się utrzymać, ale w tej chwili nie wszystko zależy od nas, bo musimy liczyć, że Cracovia przegra z Bełchatowem, co w obecnej sytuacji nie jest wcale takie oczywiste.

Maciej chętnie opowiada o drużynie, nie zapominając jednak o Roxy, która ma ochotę na zawarcie znajomości z okolicznymi psami. Mijamy plakat Arki, na którym Maciej cieszy się po strzelonym golu.

- Pewnie to zedrą, jak się nie utrzymamy.

godz. 9.10

Wracamy do jego mieszkania, Maciej odprowadza psa i po chwili wychodzi przygotowany na trening. Dziś tylko pomeczowe rozbieganie, więc nie bierze torby. Wsiadamy do samochodu fotoreportera i ruszamy w kierunku stadionu. Zapinamy pasy, a Maciej wskazuje na domy w okolicy, w której mieszka.

- Tutaj mieszka posłanka Senyszyn, zupełnie blisko mnie. A tam, niedaleko, ktoś okradł dom, bo wyczuli, że się wyprowadzili i stoi pusty, ale pewnie się nie obłowili, bo to pustostan był. A tego z kolei nie było, jak się tu wprowadzałem. Szybko go wybudowali. Z tego co się orientuję odnośnie ceny, to 14 tys. za metr - mówi i znacząco kręci głową.

Jedziemy z fotoreporterem, bo Maciej zostawił samochód żonie. Choć sam nie siedzi za kółkiem, to instruuje kierowcę co do najkrótszej drogi na stadion, jednocześnie ocenia okolicę. Rozmowa schodzi na temat życia w Gdyni. - Jak przeprowadzałem się tutaj z południa Polski, to zdawałem sobie sprawę, że na północy życie jest droższe, ale myślałem, że pensje ludzi są proporcjonalnie wyższe. Dopiero jak trochę tu pomieszkałem, to okazało się, że tak nie jest.

godz. 9.20

Przyjeżdżamy pod stadion. Maciej idzie do szatni, a chwilę po nim schodzą się pozostali zawodnicy Marcelo Moretto, Tadas Labukas, Ante Rozić... O godz. 9.30 ma być już gotowy do treningu, który zaczyna się o godz. 10 na bocznym boisku.

- Dziś mieliśmy rozbieganie. Tak jest zwykle na porannym treningu, jeśli dzień wcześniej mieliśmy mecz.

godz. 11.45

Wsiadamy do samochodu Denisa Glaviny, jedzie też Mirko Ivanovski, który zajmuje miejsce obok kierowcy. Ruszamy do Hotelu Nadmorskiego, gdzie arkowcy mają zaplanowaną odnowę biologiczną. Z głośników cicho rozbrzmiewa śpiew Jennifer Lopez, a piłkarze zaczynają rozmawiać o meczu koszykarzy Asseco Prokom.

Ivanovski przyznaje, że był na meczu i mu się podobało.

- Pewnie, jak wygrywają, to każdy lubi pójść na mecz. A przerwy w grze też są dobre, co? - retorycznie pyta Maciej.

Ivanovski ożywia się i przytakuje z uśmiechem na myśl o gdyńskich cheerleaderkach. Maciej korzysta z okazji i pokazuje kolegom z drużyny, gdzie mieszka. Zatrzymujemy się przed właściwym budynkiem, a uwagę Ivanovskiego przykuwa flaga Arki powiewająca nad wejściem.

- Tamten balkon - pokazuje Maciej i mówi Glavinie, aby opuścił szybę i krzyknął "Roxy". Nic się jednak nie dzieje. Sam wysiada z samochodu i woła na psa, a po chwili pocieszna "bestia" wita się ze swoim panem z balkonu. Po chwili jesteśmy pod Hotelem Nadmorskim.

godz. 13.40

Maciej wychodzi po zabiegach najwyraźniej odprężony. Schodzimy do restauracji Baracuda na bulwarze. Piękna pogoda, ładny widok na wodę. Maciej zamawia sałatkę z kurczakiem i wodę gazowaną z cytryną.

- Chciałbym spróbować swoich sił w klubie, który walczy o coś więcej niż utrzymanie. Nie wykluczam, że będzie to Arka. Po rozmowach z zarządem postanowiliśmy dać sobie czas do ostatniego meczu, bo od jego wyniku wiele rzeczy jest uzależnionych. Nie jest tak, że jestem spakowany i czekam na ostatni mecz, by z Gdyni wyjechać. Moja żona znalazła tu pracę, zaczęliśmy się tu zadomawiać i szkoda byłoby nam opuszczać tego miasta. Jednak, by mówić o konkretach, musimy poczekać do niedzielnego meczu, który miejmy nadzieję zakończy się dla nas szczęśliwie.

godz. 16.00

Jedziemy do marketu na zakupy. Maciek dzwoni do żony, pyta, czego potrzebuje. Przez chwilę krzątamy się między regałami i w koszyku ląduje kolejno rukola, ser, pieczarki. Wychodząc, spotykamy Miroslava Bożoka, który wysłał żonę na zakupy, a sam zajął się wyborem prasy.

- Miro to nie tylko dobry zawodnik, ale też fajny facet poza boiskiem. Trochę chyba zaskoczyło go, że tyle jest u nas w lidze biegania, a mniej grania.

godz. 16.30

Wchodzimy do mieszkania Macieja, by dokończyć rozmowę.

- Mimo tylu dziur w składzie, wcale nie jesteśmy skazani na porażkę. Nie zaczniemy teraz ładnie grać, bo nie graliśmy tak przez cały sezon, ale możemy wywalczyć zwycięstwo. Jestem o tym przekonany. Niestety, nie wszystko już teraz od nas zależy.

godz. 17.15

Żegnam się z Maciejem, by miał trochę czasu dla rodziny, która specjalnie przyjechała do niego z Gliwic. Kiedy wychodzę, życzę mu powodzenia. Maciej rzuca na pożegnanie: - We Wrocławiu damy z siebie wszystko.

Więcej o:
Skomentuj:
Dzień z kapitanem Arki. Dzień po klęsce z Legią (2:5) reporterzy "Gazety" towarzyszyli strzelcowi obu bramek Maciejowi Szmatiukowi
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX