Felieton. Czy Andrzej Czyżniewski dotrzyma słowa?

Jeśli Czyżniewski ma zostać w Arce, to tylko w innej funkcji, najlepiej odsuniętego od drużyny skauta, który koncentruje się na szukaniu piłkarzy, ale niemającego mocy decyzyjnej - pisze Maciej Korolczuk z ?Gazety?.
Podczas środowego sparingu Arki z Olimpią Grudziądz (0:1) kibice przypomnieli dyrektorowi sportowemu klubu z Gdyni Andrzejowi Czyżniewskiemu, że zostały mu ostatnie 32 godziny pracy w klubie (wczoraj o północy wygasł mu kontrakt). Nawiązali w ten sposób do jego wypowiedzi z konferencji, jeszcze w poprzednim sezonie, na której przedstawiając nowego trenera Frantiska Strakę zapowiedział: - W sytuacji, gdy interes klubu jest zagrożony, nie będę uciekał przed obcięciem żadnej głowy, nawet jeśli miałaby to być głowa Andrzeja Czyżniewskiego [cytat za oficjalną stroną klubu].

Czyżniewski dodał także, że nie będzie oceniał pracy poprzednika Straki, Dariusza Pasieki.

W każdym innym klubie za spuszczenie drużyny z ligi dyrektor sportowy poniósłby konsekwencje. Zwłaszcza że błędów, jakie popełniono przy Olimpijskiej, można było w dłuższej perspektywie uniknąć. Idea odmładzania kadry, pozbywania się przepłacanych i nieperspektywicznych piłkarzy miała sens, ale tylko do pewnego stopnia. Kiedy koncepcja opierania zespołu na piłkarzach "mających Arkę w sercu" zaczęła się wyczerpywać, władze sięgnęły po stranierich, którzy mieli dać Arce utrzymanie. Arka z ligi spadła, obie formuły budowania drużyny się nie sprawdziły, podobnie jak sprowadzeni piłkarze. Polityka transferowa Czyżniewskiego, który odganiał się od oczekujących sowitych prowizji menedżerów, nie dała Arce sukcesu, bo dać nie mogła. W dzisiejszej piłce transferowe perełki (casus Joela Tshibamby) zdarzają się raz na kilkanaście transakcji. Za jakość trzeba płacić. Kiedy przed poprzednim sezonem Arka ogłosiła, że zwiększa budżet, a drużynie postawiła ambitny cel (8. miejsce), można się było spodziewać, że na rynku transferowym będzie w stanie zaszaleć. Kolejne miesiące pokazały, że owszem, piłkarzy zatrudniała, ale sięgała po towary przecenione z dolnej, najmniej atrakcyjnej półki. Ostatecznie na transfery wydała mniej niż najbiedniejsze w lidze kluby z Bytomia czy Chorzowa.

Jeśli Czyżniewski ma zostać w Arce, to tylko w innej funkcji, najlepiej odsuniętego od drużyny skauta, który koncentruje się na szukaniu piłkarzy, ale niemającego mocy decyzyjnej. Czyżniewski ma ogromne doświadczenie, z jego telefonu kontakty do piłkarzy i menedżerów wręcz się wysypują. Na utratę takiego potencjału walcząca o powrót do elity Arka nie może sobie pozwolić. Ale na zmianę jakościową w zarządzaniu klubem już tak. Bez funkcji dyrektora sportowego radzą sobie kluby na całym świecie. W idei, by trener Petr Nemec wziął na siebie pełną odpowiedzialność za transfery, jest jeszcze jedna korzyść. W przyszłości klub uniknie żenującej sytuacji rozmywania winy na zwolnionych z klubu trenerów, jak miało to miejsce podczas prezentacji Nemeca.

Czyżniewski już raz słowa dotrzymał - z jego ust złe słowa o poprzednim szkoleniowcu nie padły, bo paść nie miały gdzie. Dyrektor po sezonie zapadł się pod ziemię, jeszcze w jego trakcie pokłócił się z kibicami, a dziś, unikając dziennikarzy, nie odbiera telefonu. W Gdyni wszyscy kibice zachodzili jeszcze wczoraj w głowę, czy danego słowa dotrzymał po raz drugi?

Zgadzasz się z autorem artykułu? - zadaj mu pytanie na facebooku Trójmiasto.Sport.pl »


Czy funkcja dyrektora sportowego w Arce jest nadal potrzebna?