Sławomir Mazurkiewicz: Drugie miejsce to minimum

- Chcemy zająć minimum drugie miejsce, byśmy spokojnie awansowali do ekstraklasy - mówi obrońca Arki Gdynia Sławomir Mazurkiewicz.
Paweł Borkowski: Jaką widzi pan dla siebie rolę w Arce?

Sławomir Mazurkiewicz: Myślę, że moim zadaniem będzie pokierowanie obroną Arki. Jeszcze nie wiem, kto będzie ze mną grał na środku obrony, bo jest sporo konkurentów.

Jest pan pewniakiem do gry w pierwszym składzie?

- U trenera Nemeca nie ma pewniaków. Jeśli trener nawet już ustalił skład, to go nie zdradzi. Skład poznamy w sobotę przed meczem. Będzie to jedenastka, która musi wygrać mecz. Mają być trzy punkty i to, jak je zdobędziemy, nie ma najmniejszego znaczenia. Czy osiągniemy to w pięknym stylu, czy brzydkim, mamy wygrać i już.

Należy pan do zawodników, o których zwykło się mówić, że mają charakter, ale u pana to bierze się z ostrej, agresywnej gry. Pokazał pan niejednokrotnie w sparingach, że nie przebiera w środkach, by zatrzymać przeciwnika.

- Myślę, że obrońca powinien być twardy i agresywny. Daję z siebie wszystko na boisku i jak potem patrzę w lustro, to nie mam się czego wstydzić. Tak będzie też tutaj, dla Arki. Po meczu z boiska zejdę z podniesionym czołem. Wiadomo, że obrońcy zbierają najwięcej kartek. Taka jest ich rola w drużynie. W I lidze gra się brutalnie, nie ma pięknej piłki. Trzeba walczyć i zapieprzać do ostatniej minuty.

Użył pan słowa, które było dość popularne w ubiegłym sezonie. Takie deklaracje składali m.in. Maciej Szmatiuk i Tadas Labukas, a wiemy, co z tych deklaracji zostało.

- Wiem, co mówię, bo trenowałem z trenerem Nemecem dwa lata we Flocie. Będzie dużo walki w czasie gry. Od pierwszej do ostatniej minuty damy z siebie wszystko i to mogę powiedzieć też za kolegów, bo widzę, jak trenujemy.

Rozumiem, że trener nie zmienił żadnych metod pracy po przejściu z Floty do Arki?

- Nic się nie zmieniło. Pracujemy dużo nad siłą, motoryką, taktyką i stałymi fragmentami. Efekty tej pracy zobaczyć będzie można w sobotę.

Ostatnio głośno jest o złamaniu przez trenera dżentelmeńskiej umowy, którą dał działaczom ze Świnoujścia, że nie zabierze stamtąd piłkarzy. Natomiast do Gdyni trafiło z nim aż czterech zawodników Floty. Trener to dementuje i sam prosił, by na ten temat wypowiedzieli się piłkarze, o których mowa. Jak było w przypadku pana transferu?

- Z Floty nie dostałem żadnej propozycji przedłużenia umowy. Rozstałem się z tym klubem, wiedząc, że tam nie zostanę. Zadzwonili do mnie z Gdyni i zgodziłem się na przyjście, bo znam trenera Nemeca, mam tu blisko do domu, są to moje rejony, więc bez żadnego wahania podpisałem kontrakt.

To, że pochodzi pan z Tczewa, też miało wpływ na przejście do Arki?

- No pewnie. Taki klub, blisko miasto rodzinne, wspaniali kibice i walka o awans. Ja miałem też to szczęście trafić do drużyny, której kibicuję od dzieciństwa. Czego chcieć więcej?

Jaki jest plan minimum na ten sezon?

- Minimum drugie miejsce, byśmy spokojnie awansowali.

Jeśli Arka awansuje, będzie chciał pan zostać w Gdyni?

- Oczywiście.

Pytam o to, bo różne już słyszałem deklaracje piłkarzy, a w decydującym momencie odchodzili.

- Powiem wprost. Chcę wywalczyć z Arką awans i grać w niej w ekstraklasie. Jeśli by się tak stało, że nie awansujemy, to też będę chciał tutaj zostać i pomóc ten awans wywalczyć. Oczywiście, jeśli wtedy jeszcze kierownictwo będzie mnie chciało.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Więcej o: