Mistrz Polski z minimalną pomocą... Polaków

Koszykarze Asseco Prokom Gdynia przegrali w środę w Eurolidze z Unionem Olimpija Lubljana (62:70). I choć była to dopiero trzecia kolejka, porażka w Słowenii właściwie już teraz odbiera im szanse na awans do Top 16, bo kolejni rywale (poza rewanżem z Olimpiją) będą już tylko dużo mocniejsi.
Zespół Prokomu powstawał w tym roku z bólem - za dużo mniejsze pieniądze i z potężnym opóźnieniem. Ale trener Tomas Pacesas od początku budowy drużyny, a właściwie już od zakończenia poprzednich rozgrywek, walczył o to, aby nie zmienił się polski trzon zespołu. Wbrew pozorom, walka o nowe umowy dla Polaków nie była łatwa, bo nie wszyscy w klubie z Gdyni są fanami talentu Adama Hrycaniuka, Adama Łapety czy Piotra Szczotki.

Pacesas tę walkę wygrał. W kadrze zostali Hrycaniuk, Łapeta, Szczotka, Przemysław Zamojski, Łukasz Seweryn i Przemysław Frasunkiewicz. Prokom - nie licząc poważnie kontuzjowanego Roberta Witki - stracił jedynie Krzysztofa Szubargę, który mimo niepewnego stanu zdrowia (kłopoty z kolanem) nie zgodził się na obniżkę pensji i wybrał Anwil Włocławek.

Ale Polacy, o których Pacesas jeszcze przed chwilą walczył, na razie strasznie go (i nie tylko jego) zawodzą. A postawa niektórych z nich jest zadziwiająca.

Kiedy jeszcze w ubiegłym roku Prokom toczył pasjonujące boje z Olympiakosem Pireus w historycznym dla polskiej koszykówki ćwierćfinale Euroligi, ważnymi (choć oczywiście nie kluczowymi) ogniwami zespołu z Gdyni w tamtym sezonie byli Hrycaniuk, Szczotka czy Łapeta. Wydawało się, że po wspaniałym sezonie pełnym cennych doświadczeń ich wartość i umiejętności będą tylko rosły. Tymczasem teraz Polacy w Prokomie zawodzą.

Pod koszem, z powodu okrojonego budżetu, życiową szansę dostali Hrycaniuk i Łapeta. Już nie są tylko zmiennikami Ratko Vardy czy innego środkowego z zagranicy, ale podstawowymi centrami euroligowej drużyny. Duże nadzieje wiąże się zwłaszcza z Hrycaniukiem, który już w poprzednich sezonach udowodnił, że poziom Euroligi go nie przerasta. Teraz jego rola jeszcze wzrosła, ale środkowemu Prokomu brakuje stabilności. Ma zagrania, po których śmiało można powiedzieć: "Tak, to jest center euroligowy", ale też takie, po których ręce opadają - to on zagapił się w końcówce meczu z Galatasaray Stambuł, to on nie trafił wszystkich siedmiu rzutów w Barcelonie, a w środę w Lubljanie popełnił w ostatniej minucie głupi faul, kiedy rywalowi została sekunda na rozegranie akcji. Łapeta z kolei - choć ma wyższą średnią punktów od Hrycaniuka! - w Eurolidze jest graczem tylko i wyłącznie zadaniowym, a konkretnie jego dwa zadania brzmią tak: w obronie postraszyć rywala swoimi 217 cm wzrostu, a w ataku skończyć akcję wsadem, kiedy złapie (o ile złapie) piłkę pod samą obręczą.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Zadziwiająca jest też postawa Szczotki i Zamojskiego. Pierwszy z nich, odkąd wrócił z mistrzostw Europy na Litwie, jest zupełnie innym koszykarzem. Jeszcze w poprzednim sezonie był twardym jak skała obrońcą, człowiekiem od czarnej roboty, który pilnował najgroźniejszych strzelców rywala. Co więcej, mimo braku talentu w ataku, Szczotka potrafił być też ważnym graczem w ofensywie. Teraz jest ledwie cieniem tamtego zawodnika. Gra mało, gorzej i wręcz bojaźliwie. A w Eurolidze, w której w sumie spędził na boisku blisko 34 minuty, nie ma jeszcze ani jednej zbiórki (!) i tylko dwa punkty. Zamojski natomiast ma mieć w końcu swój sezon. Utalentowany i pełny energii strzelec, który ostatnio był jednak targany przez poważne urazy, w końcu jest zdrowy i w końcu ma błyszczeć. I tak było - ale tylko w sparingach, w których obrońca Prokomu rzucał regularnie po kilkanaście punktów. Kiedy tylko zaczęła się poważna gra - w Eurolidze czy VTB - Zamojski zniknął, jakby go ktoś odłączył od prądu. On też gra bojaźliwie, zbyt często ustawia się plecami do atakowanego kosza, nie ma odwagi na brawurową akcję w ofensywie (może to z powodu kolana?), choć wydawało się, że akurat boiskowej bezczelności nie powinno mu zabraknąć.

Zupełnie niespodziewanie wyszło na to, że najbardziej wartościowym Polakiem w składzie Prokomu jest w tej chwili Seweryn, który w ostatnich miesiącach też miał kłopoty ze zdrowiem, a teraz gra w dużej mierze przez przypadek - wskoczył do składu po zwolnieniu Amerykanina Devina Browna. Ale w postawie Seweryna nie widać strachu, przerwy w grze czy kompleksów wobec rywala. On, w porównaniu np. z Zamojskim, nie zastanawia się, czy ma oddać rzut, kiedy dostaje piłkę na obwodzie. Rzuca (tylko w Lubljanie oddał aż osiem rzutów z dystansu!) i ostatnio często trafia - w trzech ostatnich meczach rzucił siedem trójek. Być może Seweryn jest w swojej grze jednostronny, ale przy braku strzelców na obwodzie mistrza Polski, jest graczem istotnym.

Prokom, co musi się podobać, od lat stara się, aby w zespole mistrza Polski nie brakowało polskich koszykarzy. Postawił na nich, zainwestował w nich i choć ogólnie na pewno się na nich nie zawiódł, to teraz ma z nimi problem. Pacesas jak najszybciej musi odbudować Zamojskiego i Szczotkę czy ustabilizować formę Hrycaniuka, bo inaczej Prokom może mieć kłopot nie tylko w Eurolidze czy VTB, ale także w lidze polskiej, kiedy już w lutym dołączy do rozgrywek.