Sport.pl

Trudny rok Asseco Prokom Gdynia. A następny jeszcze trudniejszy?

Rok 2010 koszykarze Asseco Prokom Gdynia kończyli jako bohaterowie. 12 miesięcy później klub i drużyna traktowani są jako wielcy przegrani. I nic nie zapowiada tego, żeby miało być lepiej.
Tuż przed świętami Prokom zakończył swój udział w tym sezonie Euroligi. Zakończył go ze wstydliwym bilansem spotkań (1-9), drugim najgorszym wynikiem w całej Eurolidze (niewiele słabszy był tylko grupowy rywal Prokomu - Union Olimpija Lubljana) i swoim najgorszym w historii występów w tych rozgrywkach, bo jeszcze nigdy nie wygrał zaledwie jednego meczu.

I choć dokładnie rok wcześniej sytuacja była podobna - rywalizację w Eurolidze Prokom też zakończył już przed świętami, z dwiema wygranymi i na ostatnim miejscu w grupie - to ocena drużyny, a właściwie klubu z Gdyni, jest teraz diametralnie różna.

Na koniec 2010 r. koszykarze mistrza Polski, którzy kilka miesięcy wcześniej wywalczyli historyczny dla polskiej koszykówki ćwierćfinał Euroligi, byli traktowani niemal jako bohaterowie. Teraz patrzy się na nich, jak na wielkich przegranych.

Można się doszukiwać wielu teorii takiej przemiany, ale niemal dla każdego przypadku znajdziemy wspólny mianownik. Pieniądze. Chcemy czy nie to one - obok talentu i ciężkiej pracy - odgrywają decydującą rolę w zawodowym sporcie, a na przykładzie Prokomu widać idealnie, jak bardzo ważną.

Przed obecnym sezonem nikt w Gdyni, na czele z właścicielem klubu Ryszardem Krauze, nie ukrywał, że tak ciężko z budżetem nie było jeszcze nigdy. W pewnym momencie pod znakiem zapytania stanął nawet udział w Eurolidze! W końcu mistrz Polski jednak w niej zagrał. I dobrze, nawet jeśli w kilku meczach jeden z najbiedniejszych zespołów w całych rozgrywkach doznał kompromitujących porażek. Bo Euroliga to wielka gra, wielkie wydarzenie i możliwość (przyjemność) oglądania najlepszych koszykarzy na kontynencie. Nadal ciężko jednak uwierzyć, że o sile drużyny, którą jeszcze kilkanaście miesięcy temu do zwycięstw ciągnęli David Logan czy Qyntel Woods, decydują teraz Przemysław Frasunkiewicz, Piotr Szczotka, Adam Łapeta, Michael Kuebler, Fiedor Dmitriew czy głównie kontuzjowani w ostatnich latach Łukasz Seweryn i Przemysław Zamojski. Ciężko mieć nawet do nich o to pretensje, przecież grali najlepiej, jak umieli i nie można im odmówić ambicji, ale - jak zauważył jeden z najlepszych polskich koszykarzy w historii Andrzej Pluta, to bolesne, kiedy np. w meczu z Montepaschi Siena na pozycji nr 2 rywale mają Rimantasa Kaukenasa, Igora Rakocevicia i Nikosa Zisisa, a mistrz Polski na bój z nimi musi wybierać między Zamojskim, Sewerynem i Kueblerem. To musiało się skończyć klęską.

W 2011 r. Prokom miał też wyjątkowo trudną drogę po kolejne mistrzostwo Polski - w finale z Turowem Zgorzelec stał już w pewnym momencie pod ścianą, przegrywał 2:3 i jechał do Zgorzelca. A zapowiada się, że walka o dziewiąty tytuł z rzędu będzie jeszcze trudniejsza. Po pierwsze dlatego, że Prokom jest słabszy (chyba, że wzmocni się po Nowym Roku). Po drugie dlatego, że rywale, którzy i tak spinają się zawsze na Prokom dużo bardziej niż na każdego innego rywala, czekają na rywalizację z drużyną, która ich zdaniem niesłusznie została zwolniona z pierwszej części rozgrywek, której darowano 24 mecze w PLK. Liga polska jest tak słaba, że nawet zraniony Prokom i tak nadal wydaje się być jej faworytem, ale walka o mistrzostwo zapowiada się w tym roku na znacznie trudniejszą niż w ostatnich latach.

Trudną walkę stoczą też szefowie i właściciele klubu, którzy z ambitnych planów nie rezygnują, ale doskonale wiedzą - może nawet, jak nikt inny - że bez porządnego budżetu ich realizacja jest niemożliwe. A może nowy rok przyniesie nam kolejną rewolucję i coraz głośniejsze plotki o powrocie drużyny do Sopotu i nazwy Prokom Trefl, już w czerwcu lub lipcu staną się faktem? A wtedy w nowym sezonie, w meczach Euroligi już w hali Ergo Arena, zobaczymy drużynę, która na pewno nie pozwoli sobie na zaledwie jedną wygraną w 10 meczach...



Więcej o: