Były trener Asseco Prokom Gdynia Tomas Pacesas: Wrócę i to jeszcze bardziej zadziorny!

- Współczuję ludziom, z których aż wylewa się złośliwość. Wstają rano, biorą moją lalkę i myślą: ?co mu dziś zrobić, gdzie by go tu nakłuć? - mówi Tomas Pacesas, który po ośmiu latach odszedł z Asseco Prokom Gdynia
Grzegorz Kubicki: Jak to w końcu było z pana odejściem - sam pan zrezygnował czy właściciel klubu Ryszard Krauze już pana nie chciał?

Tomas Pacesas: Jak to było? Normalnie. Szedłem, szedłem i odszedłem. To była wspólna decyzja, no, może bardziej moja. Ale zostańmy przy tym, co powiedział właściciel - pewna formuła się wyczerpała.

A dlaczego już pana nie ma?

- Jednego powodu nie ma, wiele rzeczy się na to złożyło. Pierwszy moment, kiedy pomyślałem, że to koniec, to przegrany po dogrywce mecz w Stambule w Eurolidze. Gdybyśmy wtedy wygrali, a mogliśmy nawet wygrać wysoko, wrócilibyśmy do walki o Top 16. A gdybyśmy z tym składem awansowali do szesnastki, to byłaby to rzecz niewiarygodna. To mogło odmienić sezon.

Czyli gdybyście awansowali i grali w zakończonej właśnie fazie Top 16 Euroligi, to nadal byłby pan trenerem Prokomu?

- Tak. Ale nie ma co gdybać.

Wspomniany przez pana mecz z Galatasaray, kiedy po raz pierwszy coś w panu pękło, był jednak trzy miesiące temu. To dużo czasu.

- Drugi, decydujący moment, przyszedł po meczu z Lietuvosem w lidze VTB. Przegraliśmy i coraz bardziej docierało do mnie, że wszystko idzie nie tak, jakbym chciał. A na wzmocnienia zespołu nie było szans. Doszedłem więc do wniosku, że skoro po każdej porażce mam na to narzekać, to już mi się nie chce. Ile można? Drużyna nie osiągała tego, czego oczekują kibice, miasto, właściciele klubu, ja sam. To jaki był sens dalej być i marudzić.



Ale już przed sezonem było wiadomo, że będzie ciężko. Przecież budżet i zespół powstawały w ogromnych bólach.

- Już wtedy można było przypuszczać, że będzie źle. Dopiero 2 września wyjechaliśmy na obóz, i to w pięciu. Już miesiąc później graliśmy mecz o stawkę, a zespół budowaliśmy tak, jakbyśmy się zatrzymali na przystanku autobusowym i robili łapankę. Teraz mogę żałować, że w ogóle zacząłem sezon. Mieliśmy mieć budżet 14 czy 16 mln zł...

W trakcie sezonu założył pan blog, na którym atakował prezesa PZKosz., innych ludzi z władz związku i ligi, sędziów. A może robił pan to dlatego, bo wiedział, że i tak już nic panu nie zrobią, bo zanim zwolniony z pierwszej części sezonu Prokom wróci do ligi polskiej, pana już w nim nie będzie?

- Ale ja dalej będę ich atakował. To, czy jestem w Asseco Prokom czy nie, nic nie zmienia. Choć może rzeczywiście lepiej, że mnie nie ma, bo dzięki temu nie będzie podtekstów. Prokom wygrał mecz? To dlatego, że sędziowie boją się gwizdać, boją się afer, że Pacesas będzie o nich pisał. Prokom przegrał? Pewnie sędziowie odgryźli się za wpisy na blogu. Wyników nie rozpatrywałoby się pod kątem tego, co zrobili zawodnicy czy wymyślił trener. Dominowałyby spekulacje poza boiskowe.

Ale nie było tak, że już wtedy pan wiedział, że nie zagra w lidze?

- Absolutnie. Przecież gdybyśmy dalej grali w Eurolidze i mieli szanse na awans w lidze VTB, to nadal pracowałbym w Gdyni i grał w TBL.

Jedna z teorii mówi, że nie ma już pana w Prokomie, bo na zmianę koncepcji funkcjonowania klubu i drużyny namówił Krauzego atakowany przez pana prezes PZKosz. Grzegorz Bachański. Nie żałuje pan teraz tych wpisów na blogu?

- Nie, i dalej będę go prowadził [kolejny wpis na tomaspacesas.blox.pl ma się pojawić w sobotę]. Nadal będę pisał o ludziach, którzy działają nieudolnie, ale dopchali się do stanowisk.

A co pan powie tym, którzy uważają, że pan stchórzył, bo z najmniejszym budżetem i najgorszym składem od lat pewnie nie obroniłby pan kolejnego mistrzostwa?

- Gdybym chciał uciekać, zrobiłbym to wcześniej. Choćby wtedy, kiedy straciliśmy Gee i Browna, a nie dostali za to nikogo. Przecież ci, którzy teraz tak mówią, mieli 10 lat na to, żeby udowodnić mi, że nie mam racji. Ktoś mi ostatnio zasugerował - wielu będzie nieszczęśliwych, że nie będzie mogło z panem wygrać. Ale co ja mam poradzić? Mam swoje życie i sam o nim decyduje. Nie zapytam przecież prezydenta Sopotu - "przepraszam, czy mogę już odejść, czy może jednak za rok albo dwa? Ile czasu jeszcze pan potrzebuje, żeby ze mną wygrać". Akurat on ze mną nie wgrał i nie wygra. I bardzo nad tym ubolewam (śmiech).

Jak się rozstaliście z Krauze. Nie było tak, że iskrzyło?

- Nie. Przecież wiem, że gdyby Ryszard Krauze, mecenas i miłośnik sportu, miał możliwość większego wsparcia zespołu, to rozwiązałby to inaczej. Nie możemy mieć pretensji do człowieka, kiedy na całym świecie jest kryzys finansowy. Poza tym nawet gorsze pół roku nie może przekreślić blisko 10 lat fajnej współpracy.

Właściciel klubu sugerował, że miał do pana pretensje, że zamiast młodych Polaków promuje pan Witkę czy Frasunkiewicza.

- Bo ja nie kupuję kitu o młodych Polakach. Weźmy np. reprezentację Polski. Kto w niej powinien grać. Najmłodsi czy najlepsi? Jeżeli 40-letni Adam Wójcik jest w lepszej formie, niż jego młodsi koledzy, to on powinien grać, a nie oni. Poza tym my też pracowaliśmy przez lata z młodymi Polakami, np. Łapetą czy Zamojskim, którzy zaczynali u nas jako nastolatki. A teraz ktoś próbował mi wcisnąć Wilczka, młodego Polaka, który ma... 26 lat. Czyli gdzie jest podział - kto jest młody, a kto stary? Tak samo, jak nie kupuje się graczy w zależności od narodowości, tak samo znaczenia nie ma wiek. Jedynym kryterium powinny być umiejętności!

W klubie mówią, że pan odszedł, bo strasznie chce pan wygrywać, a Krauze chce zwolnić, działać długofalowo, osiągać cel krok po kroku.

- Ale jak drużynie, która od ośmiu lat zdobywa mistrzostwo, można powiedzieć inaczej, niż że ma wygrywać.

A to prawda, że już przed sezonem miał się pan pozbyć Hrycaniuka, Łapety i Szczotki?

- Stanąłem za nimi murem. Tak, jak za Frasunkiewiczem, Sewerynem czy Witką. Oni nie są inwalidami, ale graczami na polską ligę bardzo dobrymi. Zresztą mecze w Eurolidze czy VTB pokazały, że nie tylko na ligę polską.

A może odszedł pan, bo miał dość presji? Jak pan wygrywał, nie brakowało komentarzy, że to dzięki takim graczom, jak Logan czy Woods. Jak pan przegrał, zaczynała się nagonka - "mówiłem, że jest słaby".

- Ale ja zawsze byłem zadowolony z takiej reklamy (śmiech).

A jaki wpływ na pana decyzje miało przyjście do klubu Waltera Jeklina, który został wiceprezesem odpowiedzialnym za sprawy sportowe. Dotychczas to pan rządził drużyną i nikt się panu nie wtrącał.

- Myślałem, że Jeklin przyjdzie od nowego sezonu i dopiero wtedy zacznie się gadanie o długofalowej wizji budowy drużyny, która najbliższy sukces ma osiągnąć przy okazji igrzysk w Rio. Ale skoro przyszedł już teraz, to ok. Nie miało to jednak wpływu na moją decyzję.

Który moment w karierze trenera był dla pana najfajniejszy?

- W sezonie, w którym wywalczyliśmy historyczny do polskiej koszykówki awans do ósemki Euroligi, szkoleniowcy wszystkich drużyn wybrali mnie trzecim trenerem roku. Nie dziennikarze czy pseudoeksperci, ale konkurenci, z którymi rywalizowałem przez kilka miesięcy. To był mój największy sukces, jestem z tego dumny. Bo oni wiedzieli, z jakim budżetem i z jakimi graczami osiągnęliśmy taki wynik. Co ciekawe, w tym samym roku w Polsce też zostałem... trzecim trenerem ligi. Choć w play-off nie przegraliśmy żadnego meczu. Czyli trzeci w Europie i trzeci w Polsce.

Bolały pana takie sytuacje?

- Tylko śmieszyły. Przecież to zwykła zazdrość. Współczuję ludziom, z których wylewa się taka złośliwość. Przecież oni wstają rano, biorą moją lalkę i myślą, co mu dziś zrobić, gdzie by go tu nakłuć. A mi to daje kolejne pokłady energii, dzięki którym myślę: "a, dowalę wam znowu". (śmiech)

A który moment był najtrudniejszy, poza rozstaniem oczywiście?

- Nie było takiego. Może tylko finały były najczęściej trudne, bo tych wszystkich tytułów nikt nam nie dał za darmo. Ale uważam, że w życiu wszystko można osiągnąć. Trzeba tylko bardzo chcieć. Tak działałem jako zawodnik i trener. Zobaczymy, jak czas i ludzie to ocenią.

Co pan będzie teraz robił?

- Dam sobie miesiąc czy dwa przerwy. Żeby nabrać jeszcze więcej optymizmu i zadziorności. Pojadę na Final Four Pucharu Europy, ligi VTB i Euroligi. Nigdy na takich imprezach nie byłem, więc chętnie się wybiorę. Może pojadę tam nawet już nie jako turysta, ale pracownik (śmiech).

Rozumiem, że ligi VTB? Mówiło się, że może pan w niej zostać nawet wiceprezesem.

- Najwyższe stanowiska są zajęte (śmiech). Prezesem jest kierownik administracji prezydenta Rosji, a wiceprezesem szef potężnego CSKA Moskwa. Ale nie ukrywam, że podziwiam VTB. A na grze Asseco Prokom w tej lidze bardzo zależało zarówno mi, jak i klubowi. Ludzie, a czasem nawet nasi kibice narzekali, co to za rozgrywki, ale kiedyś docenią, że dzięki nim na mecze do Polski przyjeżdżały takie zespoły, jak np. CSKA.

A co z pracą trenera?

- Przez pięć, siedem, a może nawet 10 lat będę jeszcze trenerem. Wygram Euroligę, a przynajmniej awansuję do Final Four (śmiech). No i mam marzenie, żeby wygrać ligę litewską, bo na razie mam tylko dwa srebra.

Chce pan pracować w Polsce?

- Jak przyjdzie pan Solorz i powie, że robimy wielki Śląsk i potrzebna mu moja wiedza i doświadczenie, to dlaczego nie? (śmiech) Chcę pracować w klubie, który ma możliwości, w którym trener ma komfort pracy, stać go, by zatrudnić koszykarza, którego bardzo chce mieć.

Czyli w Polsce nie mógłby pan jednak pracować.

- Na razie takich klubów nie ma.

Na co stać Prokom bez Pacesasa?

- Liga polska jest bardzo słaba, od dwóch lat jeszcze się stacza. Asseco Prokom trzeba niewiele wzmocnień, albo nawet w ogóle, żeby znów wygrać mistrzostwo. A nawet w tym składzie, powinno grać w finale. Już przed pierwszym meczem z Anwilem wiedziałem, że ludzie będą w szoku, kiedy zobaczą nasz zespół. Myśleli, że Prokom będzie łatwym rywalem, a tymczasem okazało się, że ograni w Eurolidze Seweryn, Zamojski, Frasunkiewicz czy inni Polacy, nie mówiąc o liderach Motiejunasie i Blassingamie, są bardzo wartościowymi graczami.

A trener Andrzej Adamek powinien zostać?

- Musi, tu nie ma czasu na zmiany. No, chyba, że zespół oddalibyśmy w ręce Messiny. Ale jego tu nie będzie. To Adamek zna mentalność i możliwości tych zawodników. Jeśli Asseco Prokom chce w tym sezonie osiągnąć dobry wynik, to tylko z nim.