Tlenu, dajcie tlenu. Asseco Prokom Gdynia - Trefl Sopot 89:81 w pierwszym meczu finału

Pierwsza połowa - petarda. Druga - zdecydowanie słabsza. W pierwszym meczu hitowego finału koszykarze Asseco Prokom Gdynia pewnie pokonali Trefla Sopot.
Kiedy w pierwszej połowie Jerel Blassingame i jego koledzy z Prokomu narzucili tempo Strusia Pędziwiatra, jeden z dziennikarzy wypalił: "Oho, za chwilę będzie im trzeba podać maski tlenowe". Mówił o koszykarzach z Sopotu, którzy od początku starali się pokazać agresję w obronie, ale nic to nie dało. Ale nie mogą nawet mieć do siebie pretensji, bo kiedy gra się przeciwko takiemu rozgrywającemu, jak Blassingame, i to w świetnej formie, to właściwie nie ma sposobu. Amerykanin hulał między graczami Trefla niczym wiatr - mijał ich, wracał, i znowu mijał. A potem miał do wyboru dwie opcje - albo zdobyć punkty (15 w pierwszej połowie) albo genialnie podać koledze, który trafiał najczęściej spod kosza.

Blassingame skończył mecz z 11 asystami, a pewnie miałby jeszcze więcej, gdyby nie dłuższy odpoczynek na przełomie pierwszej i drugiej kwarty. Wtedy grę Prokomu prowadził Quinton Day i od razu wszystko się zepsuło. Z prowadzenia 36:23 zrobiło się 38:35 i trener Andrzej Adamek nie miał wyjścia. Zawołał Blassingame'a, a ten po wejściu trafił za trzy i mistrzowie Polski znów mieli grę pod kontrolą. I tak było do końca, bo np. w 36. minucie gdynianie prowadzili już 83:66.

W Treflu dużo lepiej niż w dwóch poprzednich meczach tych drużyn zagrał Filip Dylewicz. W rywalizacji z inną gwiazdą Prokomu Donatasem Motiejunasem był tym razem dużo odważniejszy. Choć jego skuteczność pozostawia wiele do życzenia (2/8 za dwa), pozostali gracze z Sopotu mogli się poczuć pewniej widząc, że ich lider nie pęka. Mogli, ale nie zrobili tego. Łukasz Wiśniewski bał się rzucać, Adam Waczyński pierwsze punkty z gry zdobył dopiero w trzeciej kwarcie, choć najbardziej zawiódł drugi z liderów Łukasz Koszarek. Grał tak, jakby brakowało mu pary po trudach całego sezonu, w których był mocno eksploatowany. A przy Blassingamie wyglądał momentami jak żółw.

Prokom przystąpił też do finału wzmocniony Przemysławem Zamojskim, który jeszcze w kwietniu złamał nadgarstek, ale powiedział, że w derbach nie może go zabraknąć. Zamojski wszedł z ławki już w pierwszej kwarcie i dał dobrą zmianę. Co prawda nie ma na razie tak pewnego rzutu, jak przed urazem, ale znów haruje na całym boisku i daje drużynie mnóstwo energii.

W finale gra się do czterech zwycięstw. Mecz nr 2 w środę o godz. 18.30, ponownie w Gdyni. Biletów już nie ma.

Asseco Prokom Gdynia - Trefl Sopot 89:81.

Kwarty: 26:21, 24:18, 18:19, 21:23.

Asseco Prokom: Blassingame 18 (3), Motiejunas 16, Łapeta 8, Szczotka 2, Seweryn 0 oraz Frasunkiewicz 10 (1), Kuebler 8 (2), Zamojski 8 (1), Hrycaniuk 7, Dmitriew 5 (1), Day 4, Ponitka 3 (1).

Trefl: Turek 16, Dylewicz 15 (3), Waczyński 12 (1), Koszarek 11 (1), Wiśniewski 7 (1) oraz Mallett 12 (2), Kuzminskas 6, Cummings 2, Stefański 0.

Stan rywalizacji: 1:0.

Więcej o: