Sport.pl

Finał TBL. Koszykarz Asseco Prokom Gdynia Adam Hrycaniuk: Nie myśleć o medalach

- Kiedy w trzecim spotkaniu zabrakło nam sił i koncentracji trochę baliśmy się czwartego starcia. Na szczęście wygraliśmy. W piątym meczu najważniejsze, aby nie myśleć o medalach - mówi przed sobotnim meczem finału play-off TBL Asseco Prokom - Trefl Sopot środkowy gdynian Adam Hrycaniuk. W serii do czterech zwycięstw jego zespół prowadzi 3-1.
Marcin Dajos: Odnieśliście jedno zwycięstwo w Sopocie, czyli plan minimum wykonany?

- Tak, wykonany. Chociaż po tym, kiedy w trzecim spotkaniu zabrakło nam sił i koncentracji trochę baliśmy się czwartego starcia. Wyszliśmy bardzo skoncentrowani, ale Trefl ponownie pokazał, że jest klasową drużyną. Na szczęście daliśmy radę wygrać.

Adam Hrycaniuk: Podczas dnia przerwy sporo czasu zajęło wam zapomnienie o tragicznym meczu numer trzy [porażka Prokomu 57:83]?

- Potrzebowaliśmy sporo zabiegów nie tyle na ciało, co na głowę. Trzeba było zastanowić się nad błędami, które popełniliśmy, a było ich mnóstwo. Kiedy oglądaliśmy film z tego spotkania, na palcach jednej ręki można było policzyć dobre zagrania w obronie. Jak wiadomo atak jest jednego dnia lepszy, drugiego gorszy, ale w defensywie graliśmy tragicznie. I przede wszystkim nad jej poprawą pracowaliśmy podczas przerwy między meczami.

Czy Prokom po raz dziewiąty z rzędu zostanie mistrzem Polski? oceń na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! +1? »


Początki starć finałowych, to po stronie Trefla świetna gra Johna Turka. Z upływem minut udaje się wam go jednak zneutralizować. Specjalnie dajecie się mu wyszaleć w pierwszych akcjach?

- Ciężko mi powiedzieć, dlaczego John gra tak dobrze na początku, a później już nie jest widoczny. Być może główną kwestią jest tu zmęczenie? A może po prostu w późniejszym czasie otrzymuje coraz mniej piłek od rozgrywających? To problem Trefla. Naszym problemem są oczywiście początki meczów. Wtedy John gra dobrze pick and rolle z Łukaszem Koszarkiem, a my bronimy źle, bo Amerykanin znajduje się w otwartych pozycjach do rzutu. A jak wiadomo, Łukasz dobrze podaje. Johnowi pozostaje więc złapać piłkę i dorzucić do kosza.

Z drugiej strony parkietu, w starciach z Sauliusem Kuzmiskasem, wypracowuje sobie Pan w łatwy sposób dogodne pozycje do rzutu w polu trzech sekund. Nie czuje się Pan zbyt rzadko wykorzystywany do takiej gry?

- Trzeba na to patrzeć w taki sposób, że i Donatas Motiejunas i Jerel Blassingame mają przewagę nad kryjącymi ich zawodnikami, a my musimy próbować wykorzystywać wszystkie nasze atuty. Kiedy ja dostanę dwa razy piłkę pod koszem muszę się naszarpać, poprzepychać i człowiek traci siły. Dlatego w kolejnych akcjach korzystamy z innych wariantów.

15 zbiórek ofensywnych Trefla w czwartym starciu podkoszowym Prokomu chluby nie przynosi.

- Drugi mecz z kolei, kiedy przegrywamy zbiórkę. Piłki odbijają się od obręczy i lecą tam gdzie my nie chcemy. Ale liczy się końcowy wynik punktowy. W kolejnym spotkaniu wystarczy zastawić swoich zawodników z większym spokojem, bo chyba za bardzo chcemy zebrać piłkę po niecelnym rzucie, a duże spięcie nie działa na naszą korzyść.

Sobotnie starcie będzie ostatnim meczem finałów?

- Mam taką nadzieję. Musimy włożyć w nie dużo sił, a nie myśleć wyłącznie o medalach. Najważniejsza jest koncentracja związana z meczem. A co będzie po nim? Zobaczymy. Trzeba wykorzystać naszą halę, kibiców i przełożyć to sukces.

Godzina 20, to raczej euroligowa pora rozgrywania meczów. Wy jesteście do niej przyzwyczajeni. A dla Trefla może ona mieć jakieś znaczenie?

- Na tym etapie rozgrywek, po tylu meczach rozegranych ze sobą, nie ma to raczej znaczenia. Dwie godziny w tą czy w tą nie wpłyną na samopoczucie nasze czy Trefla.

Więcej o: