Naszym zdaniem: Asseco Prokom Gdynia i Trefl Sopot muszą grać razem!

Wyjątkowo ponury wieczór w Ergo Arenie oczyścił mnie z resztek wątpliwości - od następnego sezonu koszykarze Prokomu i Trefla koniecznie muszą znów zagrać razem - pisze dziennikarz trojmiasto.sport.pl Grzegorz Kubicki.
Żałosny to był obrazek, kiedy w środowy wieczór mecz Euroligi Asseco Prokom Gdynia - Unicaja Malaga śledziło w Ergo Arenie niespełna dwa tysiące widzów. I to licząc z ochroniarzami, dziennikarzami i gośćmi z Hiszpanii. Choć poza rywalizacją piłkarzy Euroliga to najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe na kontynencie, taka europejska NBA, w hali na granicy Gdańska i Sopotu było cicho, smutno i ponuro. Co z tego, że Euroliga po raz pierwszy gościła w Ergo Arenie, co z tego, że był to pierwszy w nowym sezonie mecz Prokomu przed własną publicznością, co z tego, że rywalem była atrakcyjna Unicaja, a w zespole mistrza Polski debiutował Alex Acker, który ma być największą gwiazdą zespołu... Nic nie zadziałało. I obowiązkowo trzeba sobie postawić pytanie - dlaczego?

Teorii jest co najmniej kilka, wszystkie przeplatały się już środowego wieczora, w każdej jest trochę prawdy. Ale zadaniem szefów klubu jest zdefiniować tę najważniejszą przyczynę, kluczową, która sprawiła, że pierwszy w tym sezonie mecz Euroligi w Trójmieście skończył się frekwencyjną kompromitacją.

Najłatwiej byłoby zrzucić winę na nie zamknięty dach na Stadionie Narodowym, z powodu którego mecz Polska - Anglia przełożono z wtorku na środę, a hitowe spotkanie w Warszawie skończyło się dopiero na niecałą godzinę przed rozpoczęciem meczu w Ergo Arenie. Ale choć sam mam znajomych, którzy z tego powodu zrezygnowali z przyjazdu do hali (wybrali pomeczową analizę), to i tak nie kupuję tego tłumaczenia, uważam, że jest tanie i mało trafne. Znacznie bardziej docierają do mnie trzy inne teorie, z których jedna jest mocniejsza od drugiej.

Kibice, którzy przyszli w środę do Ergo Areny, bo nie mogli oprzeć się pokusie oglądania najlepszej koszykarskiej ligi w Europie, strasznie narzekali na ceny biletów. Za wejściówkę do dolnych sektorów, tych najbliżej boiska, trzeba było zapłacić nawet aż 60 zł. W dobie narastającego kryzysu - kwota kosmiczna. Poza tym ludzie narzekali na dystrybucję biletów, na to, że nie mogli ich kupić dzień lub dwa przed meczem, np. w kasach w hali Gdynia. To bardzo poważne (i trafne!) zarzuty, które muszą poruszyć szefów klubu. Czasu jest niewiele, w przyszłym tygodniu kolejny mecz w Ergo Arenie - z Albą Berlin, dlatego decyzje muszą być podejmowane błyskawicznie. Pierwsza - obniżka cen biletów. Druga - usprawnienie systemu sprzedaży wejściówek. Koniecznie!

Kolejną teorię wymyśliłem sam, ale myślę, że wiele osób uważa podobnie. Zastanówmy się - czy dobrym pomysłem byłoby organizowanie meczu piłkarzy Arki Gdynia na PGE Arenie w Gdańsku? Czy na takie spotkanie przyjechaliby kibice z Gdyni, albo czy przyszliby na nie kibice Lechii? Oczywiście, że nie. Grając w Ergo Arenie Prokom, który trzy lata temu uciekł z Sopotu, nie ma co liczyć na rzesze kibiców właśnie z kurortu czy Gdańska. Bo oni chodzą na mecze Trefla i przyjdą na mecz sopocian w atrakcyjnej grupie w rozgrywkach Eurocup. W Gdyni mieli nadzieję, że dobry sport, na najwyższym poziomie, będzie raczej zasypywał podziały, niż je budował. Sam bym tak chciał. Ale okazuje się, że to nie jest łatwe. Największy problem w tym, że tej przeszkody Prokom nie przeskoczy. Euroliga dosłownie zmusiła w tym sezonie mistrza Polski do gry w Ergo Arenie, bo w ten sposób Prokom wypełnia ważny dla szefów tych rozgrywek punkt regulaminu, że drużyny grające w Eurolidze z licencją A (a Prokom taką ma) muszą organizować swoje mecz w obiektach na minimum 10 tys. widzów. Przepis absurdalny, ale jest i trzeba go wykonać.

I najważniejsza przyczyna, a właściwie przesłanka, co do której po środowym wieczorze wyzbyłem się resztek wątpliwości. Trójmiasta nie stać na dwie dobre drużyny koszykarskie! Wiem, że ostatni finał ligi Prokomu z Treflem był pasjonujący, że derby Trójmiasta to mecze inne niż wszystkie. Ale mimo to uważam, że utrzymywanie na siłę dwóch takich drużyn jest bez sensu. W czasach, kiedy ciężko o każdą złotówkę, kiedy środki na sport są coraz mniejsze, kiedy ludzie nie mają pieniędzy, żeby kupować bilety na wszystkie imprezy (nie tylko sportowe) w Trójmieście, nie widzę innego rozwiązania, jak ponowne połączenie Prokomu i Trefla. Chore ambicje kibiców, prezesów czy nawet prezydentów miast trzeba odłożyć na bok i pomyśleć, jak zbudować jedną, ale znacznie silniejszą markę. Plany powrotu do nazwy Prokom Trefl pojawiły się nawet już tego lata, ale nie wyszły. Szkoda. Ale po tym sezonie takie rozwiązanie jest już nieuniknione.

Zamiast słuchać opowieści o tym, ile długów ma Trefl i jak bardzo z budową zespołu męczy się Prokom (też z powodu ograniczonych środków), wolałbym pisać o tym, że Trójmiasto ma zespół, który po połączeniu sił, środków, graczy i pomysłów jest niezagrożonym hegemonem w Polsce i przede wszystkim drużyną, która nie będzie się wstydziła uderzyć w Europę. Chcę pisać o zespole, który w wypełnionej po brzegi Ergo Arenie będzie się bił nie tylko z Unicają, ale i większymi potęgami, i dla którego awans do Top 16 będzie obowiązkiem, a nie tylko nierealnym marzeniem.

Dlaczego trybuny Ergo Areny świeciły pustkami? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Czy zespoły Asseco Prokom Gdynia i Trefla Sopot powinny się połączyć?