Jeden z najbogatszych Polaków Ryszard Krauze, właściciel Asseco Prokom Gdynia: "Z pokorą do Europy"

- W sporcie, nie tylko w koszykówce, siła niemal każdej drużyny opiera się na jej budżecie. Absolutnie nie ma prawidłowości, że za niewielkie pieniądze można zbudować silny zespół. To nieprawda - mówi w rozmowie z Trojmiasto.sport.pl Ryszard Krauze, jeden z najbogatszych Polaków, właściciel koszykarzy Asseco Prokom Gdynia.
Grzegorz Kubicki: To było wyjątkowe lato, bo po raz pierwszy od czterech lat drużyny nie budował były już trener Tomas Pacesas, a nowy dyrektor Walter Jeklin. Jak mu poszło?

Ryszard Krauze: Zespół był budowany przez Waltera, ale też trenera Kestutisa Kemzurę, który dołączył do nas jednak bardzo późno. Z Walterem uzgodniłem koncepcję, że pierwszą część zespołu, składającą się z polskich graczy, zbuduje on, bo ma świetne rozeznanie w sytuacji. Drugą część, zagraniczną, zostawiliśmy trenerowi. Czasu na budowanie miał niewiele, ale mimo że sezon już wystartował, wstrzymałbym się jeszcze z ocenami. Zwłaszcza, że należy uwzględnić fakt, iż nasze ograniczenia budżetowe są coraz bardziej dotkliwe.

Pana marzeniem był zespół, w którym młodych, zdolnych polskich graczy, uzupełnią gwiazdy z zagranicy. Czy to się udało?

- W tym roku przyjęliśmy inną filozofię budowania zespołu, zobaczmy w praniu, jak to wyszło. Trzeba też pamiętać, że kiedy powstaje coś nowego, potrzebny jest czas i odrobina szczęścia. W przypadku powstawania zespołu, zwłaszcza za relatywnie niewielki budżet, to szczęście polega np. na znalezieniu gracza, który okaże się strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy już w zespole Woodsa czy Motiejunasa, czyli koszykarzy, których udało nam się pozyskać w ramach możliwości budżetowych, a którzy wykraczali jednak poza poziom oczekiwań, jakie można mieć wobec graczy za takie pieniądze.

Mówi pan o łucie szczęścia potrzebnym przy budowaniu zespołu, ale chyba podstawą jest jednak rozeznanie na rynku, dobre kontakty, umiejętność negocjacji.

- To prawda. Mam nadzieję, że trener Kemzura i Walter wykreują takie gwiazdy, jakie pojawiały się u nas w poprzednich latach. Jak nie teraz, to w przyszłości.

W tym sezonie nie zanosi się na to, żeby koszykarze zagraniczni byli motorem napędowym zespołu.

- Pierwszą część filozofii budowania zespołu udało nam się zrealizować - młodzi Polacy będą nabierali szlifów. Co do drugiej części, nie mam jeszcze wyrobionej opinii. Ale to też z czasem ocenimy.

Pierwsze oceny już są - rozstaliście się z Julianem Khazzouh, zatrudniliście Alexa Ackera.

- Bo chcemy, żeby zespół się rozwijał i był coraz silniejszy. Dlatego oceniając umiejętności zawodników i uwzględniając nasze możliwości budżetowe, podejmujemy czasami trudne decyzje.

Dopuszcza pan dalsze wzmocnienie zespołu lub zmiany w kadrze?

- Budżetowo dalsze wzmocnienia będą trudne, natomiast istnieje możliwość rotacji, czyli wymiany graczy. Jeklin i Kemzura cały czas analizują sytuację, decyzję będą podejmowane na bieżąco.

Największa dziura jest pod koszem.

- Dlatego pilnie potrzebujemy zawodnika, który ją załata i na tym się koncentrujemy. Prowadzimy rozmowy z koszykarzami, mam nadzieję, że już niedługo ktoś do nas dołączy.

Na wylocie był też Frank Robinson, który zagrał jednak dwa poprawne mecze w Eurolidze. Czy tymi występami się obronił?

- To były dobre mecze w jego wykonaniu, ale decyzję zostawiam Jeklinowi i Kemzurze. Dajemy sobie w tej sprawie czas do końca miesiąca.

A co z kontuzją Drew Vineya? Badania nic nie wykazują, a stopa cały czas go boli, opuszcza kolejne mecze. Jak długo będziecie czekać?

- To ciekawy zawodnik, podobał nam się w pierwszych meczach. Jego uraz skomplikował naszą sytuację, cały czas prowadzimy szereg badań, nawet w dwóch niezależnych ośrodkach. Dajmy sobie jeszcze kilkanaście dni na podjęcie finalnej decyzji.

Pamiętam czasy, kiedy zespół Prokomu budowało kilka osób - trener, prezes, dyrektor, właściciel, a nawet prezydent miasta. Potem pan to przerwał - o składzie decydował tylko trener Pacesas i pan. Jak to wygląda teraz - ingerował pan w zatrudnienie graczy?

- Nie miałem na to czasu. Zawsze było tak, że grono ludzi przygotowywało kilka ofert, potem pierwszym sitem był trener, a na końcu proszono mnie o akceptację. W tym roku miałem na głowie za dużo spraw służbowych, zaufałem Jeklinowi i Kemzurze.

Za nami start Euroligi, dwie porażki po zaciętych meczach. Biorąc pod uwagę przegraną w Koszalinie czy u siebie z Treflem na początku sezonu, można się było obawiać, że w Eurolidze będzie dużo gorzej.

- Do Euroligi trzeba mieć dużo pokory. To jest poziom wyżej, a nawet dwa lub trzy, w zależności od tego, na kogo się trafi. Dlatego podchodzimy do tego ze spokojem. Poza tym nasza drużyna potrzebuje czasu. Przygotowania zaczęliśmy późno, Polacy przez całe lato grali eliminacje do Eurobasketu, ciężką pracą wywalczyli awans, do tego do formy po kontuzji wraca Hrycaniuk. W pierwszych meczach w Eurolidze zespół funkcjonował jednak nieźle, niewiele nam zabrakło, aby mieć teraz dwie wygrane.

Po losowaniu można było mieć wrażenie, że Prokom trafił do słabej grupy. Ale z drugiej strony - czy dla drużyny z zacofanego koszykarsko kraju o jakiejkolwiek grupie można powiedzieć, że jest łatwa?

- W sporcie, nie tylko w koszykówce, siła niemal każdej drużyny opiera się na budżecie. A ten nasz jest diametralnie różny od innych klubów grających w Eurolidze. Możemy znaleźć jeden czy drugi talent, który zgodzi się u nas grać za niewielkie pieniądze, ale będzie miał możliwość rozwoju i pokazania się. Ale absolutnie nie ma prawidłowości, że za niewielkie pieniądze można zbudować silny zespół. Dlatego w tym roku nie odegramy istotnej roli w Eurolidze, zdajemy sobie z tego sprawę. Priorytetem jest obrona mistrzostwa Polski. Dziewięć tytułów z rzędu to i tak dużo, ale fajnie by było przeżyć to po raz dziesiąty.

Jaki macie budżet?

- Skromny. Mniejszy niż w poprzednich latach, jeszcze mniejszy niż przed rokiem.

W nazwie została firma Asseco, a to oznacza, że nadal wam pomaga.

- Pomaga, ale istotnie ograniczyła środki inwestowane w klub. Żałujemy, ale takie są realia biznesowe.

Mówi się, że to ostatni rok Asseco w waszym klubie.

- Jest to możliwe.

W tym sezonie po raz pierwszy gracie mecze Euroligi w Ergo Arenie, co pozbawia was atutu własnej hali. Już kilkakrotnie udało wam się udobruchać Euroligę jeśli chodzi o obiekt, w którym gracie. W tym roku nie dało się zostać w Gdyni?

- Euroliga ma dla nas mnóstwo sympatii, kilka razy przymykała oko na różne rzeczy, mając przy tym na względzie dobro koszykówki w Trójmieście i Polsce. Ale teraz nie było innego rozwiązania. Euroliga wprowadziła jasne i restrykcyjne uwarunkowania i nie możemy z tych ram wyjść.

Podczas meczu z Unicają w Ergo Arenie na trybunach było tylko 2 tys. widzów. To pewnie dlatego, że kibice z Gdyni mają dalej niż dotychczas, a ci z Sopotu czy Gdańska wybiorą mecze Trefla w Eurocup.

- Słyszałem też opinie kibiców, którzy żalili się na ceny biletów, sposób ich dystrybucji, słabą promocję pierwszego meczu. To na pewno jest ważny materiał do analizy dla pracowników naszego klubu. Możliwe, że gra w Ergo Arenie odbije się na frekwencji, choć cały czas wierzę, że atrakcyjne wydarzenie sportowe bardziej zasypuje niż buduje podziały. Choć każdy idzie oczywiście za głosem serca i sympatii. Wierzę jednak też w to, że nasza gra w Ergo Arenie to krok w dobrą stronę, może ku temu, aby kibice w Trójmieście dopingowali jedną, wspólną i silną drużynę.

Już przed sezonem pytałem pana o to, czy połączycie się z Treflem Sopot. Mówił pan wtedy, że na razie nie. A jak jest teraz? Zobaczymy jedną silną drużynę w Trójmieście?

- Tak to powinno być. Ale zobaczymy, wiele zależy od szczegółów. Ale myślę, że dla Sopotu, prezydenta Karnowskiego i dla wszystkich kibiców w Trójmieście to wariant optymalny. Mamy jednak przed sobą cały sezon, to będzie czas rozmów i szczegółowych ustaleń.

To już ostatni rok, kiedy gracie w Eurolidze z licencją A, która gwarantuje wam miejsce w elicie bez względu na to, czy będziecie mistrzem Polski. Będziecie się starać o jej przedłużenie?

- To zależy od możliwości budżetowych, decyzje zapadną po nowym roku. Jeżeli będziemy świadomi, że jesteśmy w stanie podołać wymogom Euroligi, to podejmiemy starania o przedłużenie licencji A. Jeśli nie, to na siłę nie będziemy o to zabiegać. Musimy być fair wobec Euroligi.

Dla pana to jest szczególny sezon także dlatego, że po raz pierwszy w PLK grają dwie drużyny, które pan wspiera - Prokom i Start.

- To nie jest specjalna trudność. Oba projekty mają bowiem inny cel sportowy. W Prokomie mają grać zawodnicy, także Polacy, którzy mają potencjał, aby spróbować swoich sił na poziomie Euroligi. Start z kolei to młodzi, zdolni polscy gracze, którzy mają aspiracje i możliwości występować na poziomie ekstraklasy. Start nie jest zespołem do końca nastawionym na wynik. Uzgodniliśmy z trenerem, że ma trzy lata na to, żeby wykazać indywidualną poprawę gry i wyszkolenia poszczególnych zawodników.

Rozumiem, że gdyby udało się połączyć Prokom z Treflem, w Gdyni zostałaby właśnie zespół Startu?

- To byłby optymalny model. W tym kierunku będziemy pomału dążyć.

Komu pan kibicował na derbach Gdyni Prokom kontra Start?

- Koszykówce. No, może trochę bliżej było mi do Startu, ale to ze względów osobistych.

W Starcie gra pana syn Aleksander, a właściwie grał, bo już po pierwszym meczu w PLK przeżył dramat - doznał kontuzji, która wyklucza go z gry w tym sezonie. Jak on i pan to odebraliście?

- To jest trudne i smutne, zwłaszcza dla Aleksa. Ciężko pracował z zespołem, chciał zagrać pierwszy sezon w PLK, ale wyroki boskie są niezbadane. To twardy facet, musi się z tym uporać. Nie on pierwszy ma taką kontuzję, ale to będzie dla niego ogromny sprawdzian życiowy. Wierzę, że przejdzie to pozytywnie i w pełni sił zobaczymy go w nowym sezonie.

Tuż przed sezonem dość niespodziewanie do ważnego problemu w klubie urosła sprawa zespołu cheerleaders, z którym chcieliście się rozstać. Jak rozwiązaliście tę sprawę?

- Cheerleaderki wyrobiły siebie mocną pozycję, nie chcemy hamować ich rozwoju. Założą własną organizację, wyjdą z klubu, ale i tak wygląda na to, że będą występowały na wszystkich meczach Prokomu. Zrobiliśmy to po to, aby nie blokować ich kariery, daliśmy im możliwość przyjmowania innych, dowolnych zleceń. A z punktu widzenia klubu i naszych kibiców praktycznie niewiele się zmienia.

Rozmawiał Grzegorz Kubicki

MAMY DLA WAS 15 BILETÓW NA MONSTER TRUCK SHOW W ERGO ARENIE - kliknij, by poznać szczegóły!