Historyczny rok dla Polskiej Ligi Koszykówki mężczyzn. Gdyńsko-sopocki prymat

Rok 2012 był niezwykły dla polskiej koszykówki. Po raz pierwszy w historii naszej ligi rządziło nią...
T
ylko Europa?


Wzrok w kierunku Europy już w 2011 roku skierował Prokom. Przez to, w minionych rozgrywkach gdynianie pierwszy mecz w lidze polskiej rozegrali 24 lutego 2012 r, czyli na początku drugiego etapu. Z pierwszego byli zwolnieni, ponieważ grali w Eurolidze i lidze VTB. Europejska promocja okazała się ważniejsza od gry na krajowym podwórku. Kiedy Prokom wrócił do ligi po pucharowych niepowodzeniach, wszyscy węszyli upadek mistrza. Ten jednak po raz kolejny stanął na wysokości zadania i udowodnił, że polską ligę, o tych najlepszych w Europie, dzieli wciąż wiele.

Przekonał się o tym także Trefl, który dzięki wicemistrzostwu kraju zagrał w obecnym sezonie w Eurocup. Niestety, nie wyszedł z grupy i już zakończył europejskie podboje. Podobnie zresztą jak Prokom, który trzeci rok z rzędu nie potrafił awansować do fazy Top 16 Euroligi.

R
ozgrywający


To główny atut Prokomu i Trefla w 2012 roku. Najlepszym graczem finałów został wybrany gdyński koszykarz Jerel Blassingame. Trefla do meczów o złoto poprowadził Łukasz Koszarek, który pretendował do miana MVP całych rozgrywek. W nowym sezonie ten drugi przeniósł się do drużyny tego pierwszego. Razem stają się najgroźniejszym duetem obwodowym ligi. Trefl, w miejsce Koszarka, sprowadził Franka Turnera, który również wybija się na tle ligowej rzeczywistości. Takiego urodzaju na pozycji rozgrywającego nie mieliśmy już od dawna.

Ó
smy tytuł i starczy


Cztery mistrzostwa jako koszykarz, cztery jako trener. 21 lutego 2012 r. z Prokomem pożegnała się jego ikona Tomas Pacesas. Sukces gdyńskiej drużyny w dużym stopniu utożsamiany był właśnie z Litwinem. Impulsywny trener z pracy zrezygnował po porażkach w Eurolidze i lidze VTB. Na kolejne mistrzostwo w lidze polskiej nie miał już ochoty. Martwił go również niski budżet gdyńskiej drużyny, który wciąż niedomknięty, nie dawał pełnego komfortu pracy. Wiele osób twierdziło, że Pacesas nie posiada odpowiednich umiejętności trenerskich, a na jego miejscu każdy inny osiągnąłby to samo. Przykład obecnie zbudowanej drużyny nieco zaprzecza tej tezie.

J
edenaście


Na tylu meczach bez porażki z Treflem skończyli swoją serię koszykarze Prokomu. Stało się to w finale play-off, przy ich prowadzeniu 2:0. Historyczny moment nastąpił 29 maja 2012 r. Sopocianie po raz pierwszy w historii ligi pokonali Prokom w Ergo Arenie (83:57). Finał, który do tego meczu był jednostronnym starciem nagle stał się fascynujący. Pomimo iż w serii do czterech zwycięstw, po kolejnym meczu, Prokom wygrywał 3:1, to sopocianom udało się doprowadzić do siódmego, decydującego spotkania. W nim lepsi okazali się gdynianie, którzy sięgnęli po dziewiąte z rzędu mistrzostwo Polski.

M
isja Jeklina


W minione lato misję przebudowania gdyńskiej drużyny powierzono Walterowi Jeklnowi. Słoweniec pojawił się w Prokomie już podczas poprzedniego sezonu i miał być jednym z powodów odejścia z zespołu Pacesasa. Jeklin pościągał do klubu zawodników uważanych za przyszłość polskiej koszykówki, którzy pod jego okiem, gdy pracował jeszcze w Warszawie, kształtowali swoje umiejętności. Wybrał też pięciu obcokrajowców. Czterech z nich w zespole mistrza Polski już nie gra. Gorszych transferów zrobić się nie da. Pozostaje mieć nadzieję, że i w tym wypadku zadziała prawda mówiąca o tym, że człowiek uczy się na własnych błędach.

I
nkubator


W poprzednim sezonie Prokom był swego rodzaju inkubatorem dla NBA. Jeszcze w 2011 roku dzięki lokautowi grał w nim pierwszopiątkowy koszykarz najlepszej lig świata Alonzo Gee. U jego boku, w żółto-niebieskiej koszulce biegał Donatas Motiejunas. Litwin dograł jednak w Gdyni sezon do końca, wydatnie przyczynił się do zdobycia przez Prokom kolejnego mistrzostwa i wyjechał do USA. A że rok wcześnie został wybrany w Drafcie, to miał możliwość, aby sprawdzić się w drużynie Houston Rockets. Tam od razu zdecydowano się na podpisanie z nim wieloletniej umowy. Motiejunasowi w NBA idzie średnio. Raz gra, raz jest odsyłany na zaplecze najlepszej ligi świata. Tam znowu jest zbyt dobry, aby na dłużej zagrzać miejsca. Wydaje się, że tylko transfer do innego klubu NBA może przyspieszyć jego rozwój. Oczywiście trzymamy kciuki.

A
tmosfera z NBA


Kolejne trójmiejskie derby w Ergo Arenie przynosiły nadzieję na następny rekord frekwencji. Takowy padł tylko za pierwszym razem. 14 kwietnia, w meczu II rundy Tauron Basket Ligi starcie Trefla z Prokomem z trybun hali obejrzało 10152 kibiców. To rekord nie tylko Polskiej Ligi Koszykówki, ale i wszystkich halowych rozgrywek w naszym kraju. Dzięki temu na meczu koszykarskim poczuliśmy wreszcie atmosferę wielkiego święta, porównywaną przez wielu do tej panującej podczas spotkań najlepszej ligi świata, czyli NBA. Szkoda, że w czasie finałów TBL do liczby 10 tys. widzów nie udało się nawet zbliżyć. Kolejna okazja 2 marca 2013 roku.

S
tart


Miniony sezon przyniósł awans do TBL trzeciej trójmiejskiej drużyny. Start, który miał stanowić zaplecze dla Prokomu powoli staje się tworem walczącym jak równy z równym nawet z najlepszymi w lidze. Dowodem na to jest chociażby wygrana ze swoim starszym bratem. Dla jednych oznacza to jeszcze ciekawszą, trójmiejską rywalizację, dla innych stanowił sygnał, że w połowie 2013 roku Prokom zwinie się z Gdyni i ponownie połączy z Treflem. A kibicom z Hali Gdynia na pocieszenie pozostanie Start.

T
abak Żan


Latem, gdy sopocianie szukali trenera nikt nie spodziewał się, że postawią oni na mało doświadczonego Żana Tabaka. Chorwat wydawał się żółtodziobem, a okazał odkryciem prezesa Kazimierza Wierzbickiego. Niestety wywarł on tak duże wrażenie nie tylko w TBL, ale i w całej Europie, że w Sopocie spędził raptem cztery miesiące. Kiedy na horyzoncie pojawiła się europejska potęga Caja Laboral Vistoria, nikt w Treflu, łącznie z Tabakiem, nie potrafił jej odmówić. I tak Chorwat prowadzi obecnie z powodzeniem w Top 16 Euroligi hiszpańskiego potentata.

O
pera mydlana


Obraz wielkich trójmiejskich klubów zmąciły nieco ich problemy finansowe. Zwalnianie graczy czy trenerów dla ratowania budżetów, które przez dłuższy okres czasu, o ile w ogóle, nie były domknięte. W to wszystko włączyli się też agenci koszykarscy, kuszący zawodników większymi pieniędzmi z innych klubów. Najpierw próbowano wyrwać z Trefla Filipa Dylewczia. Serial ten miał wiele odcinków, aż w końcu przerodził się w operę mydlaną. Kiedy cała akcja zakończyła się fiaskiem, a koszykarz pozostał w Sopocie, na pierwszy ogień poszedł Przemysław Zamojski. Z tym drugim się udało i obecnie ma on dwa ważne kontrakty - z Treflem i Prokomem. Reprezentant Polski, który wreszcie gra sezon bez kontuzji, może pierwsze półrocze 2013 roku spędzić poza boiskiem. Przed nami kolejne odcinki opery mydlanej. Zaczynamy od zawieszenia zawodnika, a skończy się prawdopodobnie na werdykcie FIBA.

A jak Ty pamiętasz koszykarski rok 2012? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »