Sport.pl

Mistrz na kolanach. Asseco Prokom Gdynia - PGE Turów Zgorzelec 77:90

Mecz Asseco Prokom Gdynia z PGE Turów Zgorzelec udowodnił ostatecznie, że najlepsze obecnie zespoły w lidze - Trefl Sopot, właśnie Turów i Stelmet Zielona Góra - są poza zasięgiem mistrza Polski.
Prokom od początku rozgrywek niemiłosiernie się męczy, nawet w słabej lidze polskiej. Błędy popełnione przy budowie zespołu ciągną się za drużyną do dziś, nawet mimo kilku nerwowych i chaotycznych roszad w składzie. Prokom potrafił przegrać ze Startem Gdynia, męczył się z Rosą Radom, Jeziorem Tarnobrzeg czy Polpharmą Starogard Gdański, więc ostatnie porażki ze Stelmetem czy Turowem nie powinny nikogo dziwić. Prokom długo trzymał się czuba tabeli (teoretycznie wciąż się trzyma), bo jego rywalom też zdarzały się wpadki, ale dwie ostatnie przegrane ostatecznie rozwiały wątpliwości - mistrz Polski jest obecnie drużyną nr 4, a może nawet 5 (jest jeszcze Anwil Włocławek) w kolejce po złoto.

Kiedy pod koniec trzeciej kwarty Turów prowadził w Gdyni 73:57, w Prokomie, który musiał gonić wynik, na boisku byli Robert Witka, Piotr Szczotka, Krzysztof Roszyk, Rasid Mahalbasić i Jerel Blassingame. Piątka mistrza Polski i uczestnika Euroligi? Aż trudno uwierzyć...

Prokom odstaje kadrowo od największych rywali, a kiedy przychodzi dzień, kiedy zawodzą liderzy, drużyny z Gdyni właściwie nie ma. W meczu z Turowem Blassingame spał niemal całe spotkanie, obudził się dopiero w czwartej kwarcie (10 pkt), kiedy było po meczu. Łukasz Koszarek niemal cały czas był obok gry. A Adam Hrycaniuk po raz kolejny miał kłopoty z faulami - który to już raz w tym sezonie? Najmniejsze pretensje można mieć do Przemysława Zamojskiego, któremu też zdarzyło się kilka prostych błędów, ale on jest w zespole dopiero drugi mecz, a już stara się go ciągnąć w ataku. Z graczy drugiego planu najlepszy był z kolei Roszyk, którego w Prokomie zatrudniano z myślą głównie o... treningach. Pozostałych najlepiej pominąć milczeniem.

Prokom odstaje zresztą od rywali nie tylko słabszym zespołem, ale i organizacją gry. Dobrej obrony w meczu z Turowem było może ze trzy minuty - na początku drugiej kwarty. Pozostały okres to dramat. A najgorsze były momenty, kiedy rzucało się w oczy, że gracze mistrza Polski nie tylko nie potrafią, ale nawet im się nie chce. Z tym musi sobie poradzić nowy trener Andrzej Adamek i będzie to nie lada wyzwanie. Ale najpierw Adamek powinien zbudować ostatecznie swój zespół.

W Gdyni nie ukrywają, że szukają jeszcze gracza pod kosz (z Turowem brytyjski turysta Ryan Richards cały mecz przesiedział na ławce). Ostatnio pojawiła się nawet opcja, żeby zatrudnić nie jednego, ale dwóch graczy - silnego i niskiego skrzydłowego - i mecz z Turowem pokazał, że to obowiązek. Paradoksalnie bolesna porażka z drużyną ze Zgorzelca może gdynianom tylko pomóc, bo to spotkanie wytłuściło wszystkie dziury i słabości mistrza. A jest ich wiele.

Choć w Prokomie podkreślają, że sprawa wzmocnień nie jest pożarem, i przypominają, że w tym sezonie transfery można robić aż do początku kwietnia, to sobotnie spotkanie powinno szybciutko zmienić takie plany. Wyrzucenie Richardsa to sprawa na dziś, sprowadzenie jego następcy (ale koniecznie dużo lepszego; mistrz Polski nie może sobie pozwolić na kolejne pomyłki) to temat na jutro, a poszukanie niskiego skrzydłowego też nie może potrwać za długo. Bo w obecnej postaci drużyna z Gdyni nie ma nawet co marzyć o obronie mistrzostwa.

Asseco Prokom Gdynia - PGE Turów Zgorzelec 77:90.

Kwarty: 20:30, 20:19, 19:26, 18:15.

Asseco Prokom: Blassingame 19 (2), Koszarek 9 (1), Ponitka 7, Hrycaniuk 6, Witka 3 (1) oraz Zamojski 17 (3), Szczotka 7, Mahalbasić 6, Roszyk 3.

PGE Turów: Chyliński 15 (2), Micić 11 (2), Opacak 10 (2), Zigeranović 9, Cel 0 oraz Jackson 24 (2), Kulig 15 (2), Stelmach 6 (2), Wichniarz 0, Leszczyński 0.

Więcej o: