Sport.pl

David Dedek: Nikt na nas nie stawiał, a o mały włos, a gralibyśmy w górnej "szóstce"

- Nawet nie zakładaliśmy konkretnego miejsca, bo mieliśmy określoną pracę do wykonania. Do rywalizacji przystąpiliśmy trochę w roli kopciuszka. Jasne było, kto powalczy o medale, że będą drużyny w środku tabeli, a my konkretnego wyniku nie przewidywaliśmy. A o mały włos gralibyśmy w górnej "szóstce". Zabrakło naprawdę niewiele. Ale i tak jest dobrze - mówi David Dedek, trener Asseco Gdynia.
Piotr Wiśniewski: Po sezonie zasadniczym powiedział pan, że taki wynik Asseco brałby w ciemno. Jak zatem oceni pan grę swojej drużyny w drugiej fazie rozgrywek?

David Dedek: Pozytywnie. Wiele meczów zagraliśmy na dobrym poziomie. Scenariusz mógł się inaczej dla nas ułożyć. Na początku przegraliśmy po dogrywce z AZS-em Koszalin i nasz udział w play-offach nie był wcale taki pewny. W kolejnych meczach nie mogliśmy kalkulować i musieliśmy wygrywać co popadnie. Niezbyt nam wyszedł mecz ze Śląskiem u siebie, który miał być kluczowy w walce o miejsce 7-8. Ale nadrabialiśmy wygranymi z Polpharmą Starogard Gdański, Kotwicą Kołobrzeg i Stabill Jeziorem Tarnobrzeg. Dlaczego przegraliśmy ze Śląskiem? Graliśmy za miękko. Zbyt wolno. Za późno weszliśmy w mecz. Śląsk zagrał na wysokiej skuteczności, co jest naszą winą. Na szczęście to spotkanie nie było decydujące. W końcówce zrobiliśmy to, czego oczekiwaliśmy, choć o play-offy musieliśmy walczyć do ostatniego meczu. Decyzje o swoim losie mieliśmy w swoich rękach. Cieszę się ogromnie. Przed sezonem mało kto przypuszczał, że zajmiemy wysokie, siódme miejsce. Mało kto wierzył, że zagramy w ogóle w play-offach. Tymczasem chłopacy zagrali na równym poziomie od początku rozgrywek. Supersprawa.

To, że mieliście los we własnych rękach jest zasługą bardzo dobrej postawy w sezonie zasadniczym. Do szóstek przystępowaliście z siódmego miejsca i także play-offów weszliście z siódmej lokaty. Stała forma okazała się kluczem?

- Dla nas najważniejszy był postęp drużyny. Z każdym meczem mieliśmy grać coraz lepiej. Półśrodkiem miały być zwycięstwa. Nawet nie zakładaliśmy konkretnego miejsca, bo mieliśmy określoną pracę do wykonania. Do rywalizacji przystąpiliśmy trochę w roli kopciuszka. Jasne było kto powalczy o medale, że będą drużyny w środku tabeli, a my konkretnego wyniku nie przewidywaliśmy. A o mały włos gralibyśmy w górnej "szóstce". Zabrakło naprawdę niewiele. Ale i tak jest dobrze.

Asseco miało najlepszą defensywę w lidze. Dzięki skutecznej defensywie pokonaliście mocnych tej ligi m.in. PGE Turów Zgorzelec, Stelmet Zielona Góra, Anwil Włocławek. Zespół w 100 proc. wypełnił założenia pańskiej filozofii?

- Ten aspekt rozpatruję dwutorowo. Po pierwsze - drużyny z czołówki w trakcie sezonu zasadniczego nie są w najwyższej dyspozycji, bo optymalną formę szykują na play-offy. My z tej szansy skorzystaliśmy, gdyż mecze te były dla Asseco najważniejsze. W przeciwieństwie do czołowych drużyn my na te mecze szykowaliśmy najwyższą formę. I to się udało. Miałem szczęście współpracować z takimi trenerami jak Andrej Urlep czy Tomas Pacesas. Oni wyznają zasadę, że na dłuższą metę mecze wygrywa się obroną. Tomas przez lata pracy w Asseco wypracował system obronny, z którego dziś korzystamy. Jestem kontynuatorem jego filozofii. Mam mądrych koszykarzy, którzy szybko złapali, na czym polega praca według tego systemu. I tu pojawia się aspekt numer dwa. Ze Stelmetem, PGE Turowem czy Anwilem mogliśmy grać naszą koszykówkę.

W wielu przypadkach gra Asseco zależna była od A.J. Waltona. Z drugiej strony gdy Walton miał słabszy dzień, to pierwsze skrzypce grali Fiodor Dmitriew, Łukasz Seweryn, Piotr Szczotka oraz Przemysław Frasunkiewicz. A jaki jest pana punkt widzenia?

- Może z boku rzeczywiście tak to wyglądało, ale prawda jest taka, że Walton pomagał drużynie. Także starszym zawodnikom. Tego wymaga od niego pozycja rozgrywającego. W trakcie sezonu okazało się, że A.J. jest człowiekiem z wielkim charakterem, który jest duszą drużyny i sprawdza się w trudnych momentach. Gdy drużynie nie szło, to brał ciężar gry na swoje barki. Lecz nie zawsze wychodziło to mu na dobre.

Jednak Walton jest pozytywnym zaskoczeniem tego sezonu. Podobnie jak pański zespół.

- Podzielam pana zdanie w kwestii A.J. z tym, że warto podkreślić rolę całe drużyny, dzięki której Walton mógł błyszczeć. Walton ma pozytywne cechy, ale gdyby zespół go nie zaakceptował, to dziś pewnie rozmowa o A.J. nabrałaby innej formy. Mówilibyśmy o kolejnym słabym zawodniku, który trafił do Polski. W przeszłości było wiele takich przypadków. Mało tego. Wyjątkowi na skalę Polski koszykarze nie potrafili się tutaj odnaleźć. Dlatego w procesie aklimatyzacji Waltona kluczową rolę odegrał zespół.

Mocną stroną Asseco były także rzuty za dystansu. Ale często też wpadaliście w pułapkę własnej broni. Czy szukanie otwartych pozycji wynikało z kultury gry, czy podyktowane było czymś innym?

- Różnie. Na początku sezonu mieliśmy mecze, kiedy rzuty nam "siedziały". Trafialiśmy za dwa, trzy. W pewnym momencie za bardzo nas poniosło i rzucaliśmy z każdej pozycji, zapominając o innych opcjach w ataku. Dlatego niekiedy zachwiany był balans między rzutami z dystansu i spod kosza. To nas kosztowało parę porażek. W ostatniej części sezonu ustabilizowaliśmy grę. Wróciliśmy do tego, co graliśmy na początku. Inna sprawa to dyspozycja przeciwnika. Są drużyny, które same się odkrywają i łatwiej rzucać z dystansu. Inne zagęszczają obwód, a jeszcze inne mają dziurę pod koszem. Wydaję mi się, że graliśmy falami. Kilka meczów z wysoką skutecznością za trzy, a kilka ze słabym odsetkiem celnych rzutów zza linii 6,75. Dlatego dla mnie najważniejsze było zachowanie równowagi.

Przed wami play-offy [pierwszy mecz w piątek 2 maja, godz. 18.15], w których nie macie nic do stracenia. To Stelmet musi, wy możecie. Może jednak pójdziecie przykładem drużyn z NBA, gdzie drużyny z niższych miejsce pokonują faworytów?

- Play-offy to przede wszystkim nowy sezon. Nie zrezygnujemy z naszego stylu. Wiem, że Stelmet będzie chciał narzucić swoją koszykówkę. Dla nich dwa mecze w tygodniu to normalna sprawa. Zbudowali zespół, opierając się na zawodnikach z najwyższej półki. I atletach, i dobrych shooterach. Postaramy się, może nam się uda zrobić jakąś niespodziankę.

Zgoda, ale wielcy faworyci mają to do siebie, że też przegrywają.

- Stelmet jest zespołem z najwyższej półki. I tyle. Ale w sporcie nikogo nie można skreślać. Wszyscy mają ten sam cel, czyli zwycięstwo. Zagramy bez obciążenia psychicznego. Dla wielu moich zawodników to pierwsze play-offy w życiu. Będą towarzyszyć im emocje. Damy z siebie wszystko, a boisko pokaże, na ile to wystarczy.

Więcej o: