Sport.pl

Zaskakujący kandydat. Przemysław Sęczkowski nowym szefem polskiej koszykówki? [KOMENTARZ]

Wiceprezes Asseco Poland Przemysław Sęczkowski, który na co dzień jest szefem Asseco Gdynia, jest kandydatem na prezesa Polskiego Związku Koszykówki. Jego rywale to obecny prezes Grzegorz Bachański oraz były koszykarz Maciej Zieliński.
Kandydatura prezesa Asseco to zaskoczenie. 45-letni Sęczkowski jest bowiem mocno kojarzony nie tylko ze sportem, ale przede wszystkim biznesem. Od 2007 r. jest wiceprezesem zarządu Asseco Poland SA, dyrektorem Pionu Inwestycji Kapitałowych, jest również członkiem rady nadzorczej Asseco South Eastern Europe oraz Asseco Slovakia. Jego kandydatura na stanowisko prezesa PZKosz. to z jednej strony niespodzianka, ale z drugiej - duża nadzieja dla dyscypliny. Co może dać Sęczkowski polskiej koszykówce?

Menedżer roku

Sęczkowski - nie licząc krótkiej przerwy - jest prezesem dziewięciokrotnego mistrza Polski od lipca 2008 r., kiedy nastąpił podział koszykówki w Trójmieście. Nie był wybitnym znawcą dyscypliny, ale od początku podkreślał, że przede wszystkim czuje się odpowiedzialny za zapewnienie klubowi stabilizacji finansowej i planowanie jego rozwoju. - To trener odpowiada za wyniki. Prezes ma zapewnić pieniądze, bezpieczny byt, dbać o rozwój i możliwość osiągania sukcesów - powtarzał Sęczkowski.

Sukcesy przyszły szybko. Zarządzane przez Sęczkowskiego Asseco kolekcjonowało kolejne tytuły mistrza Polski, a przede wszystkim - w marcu 2010 r. - zapewniło sobie awans do najlepszej ósemki elitarnej Euroligi. To największe osiągniecie polskiej klubowej koszykówki męskiej w historii, które jeszcze na długo może zostać poza zasięgiem naszych drużyn.

Świetne zarządzanie klubem i sukces drużyny zostały zresztą docenione przez władze Euroligi, które w 2010 r. wybrały Sęczkowskiego "Menedżerem roku". Władze Euroligi m.in. tak tłumaczyły swój wybór: "Stałe postępy w ciągu kilku lat doprowadziły Asseco do największego osiągnięcia w historii, bowiem klub jako pierwszy zespół z Polski doszedł do ćwierćfinałów Euroligi. Jego dołączenie do elity zwieńcza lata pracy poświęcone nowym wyzwaniom. Od momentu, gdy klubem zaczął kierować Sęczkowski, Asseco podniosło swoją konkurencyjność w Eurolidze, ale także bez jakichkolwiek strat zmieniło siedzibę. Wyniki mówią same za siebie - Asseco może być inspiracją dla polskiej koszykówki".

A sam Sęczkowski, absolwent Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Gdańskiego, tak komentował to wyróżnienie: "To nagroda dla zawodników, wspaniałych kibiców i wszystkich, którzy przyczynili się do sukcesów klubu, w tym naszych sponsorów, władz Sopotu i Gdyni, w której odnieśliśmy największe zwycięstwa. Przede wszystkim jest to jednak nagroda dla Ryszarda Krauzego, który przez ostatnie 15 lat konsekwentnie inwestował w koszykówkę, mając świadomość ogromnie ważnej społecznej misji rozwoju sportu".

Życie bez Krauzego

Najtrudniejszy sprawdzian w zarządzaniu klubem przyszedł jednak w lutym 2013 r., kiedy Krauze wycofał się ze sportu i przestał sponsorować koszykówkę. To właśnie Sęczkowski i firma Asseco postanowili wtedy ratować ten sport w Gdyni. Przejęli klub i własnymi siłami pociągnęli go do końca rozgrywek. I zostali na kolejne.

Sęczkowski mówił wtedy: - Kiedy przejęliśmy klub, zapewniliśmy, że ta drużyna, mimo ogromnych problemów, dogra sezon do końca. Ale nie stać nas było na to, aby utrzymywać tak wysokie kontrakty. Dlatego byliśmy zmuszeni do cięć. Z jednej strony ktoś może pomyśleć - mogli zaryzykować, utrzymać to do końca sezonu i zdobyć 10. mistrzostwo. Ale po pierwsze - nie ma gwarancji, że zdobylibyśmy kolejne złoto, a po drugie - przede wszystkim musimy się kierować analizą ekonomiczną. Firma Asseco od lat wspiera drużynę z Gdyni i na pewno będzie jej pomagać. Ale na rozsądnych zasadach. Mamy już pomysł na nową formę klubu, nową filozofię.

Ta filozofia to niewielki budżet (ok. 2 mln zł) i rozsądnie wydawane pieniądze. Klub nie szasta już pieniędzmi, nie oferuje bajecznych sum, raczej daje tyle, ile ma. Na kolejne tytuły mistrzowskie i grę w Europie to nie wystarczy, ale racjonalnie prowadzony klub nawet z niewielkim budżetem stać na dobre wyniki. Widać to choćby w tym sezonie, w którym Asseeco ma na razie bilans spotkań 4-1.

Sęczkowski nie chce na razie oficjalnie komentować swojej kandydatury, ale udało nam się ustalić, że jako prezes PZKosz. zamierza zaproponować model biznesowy, oparty na racjonalnych wydatkach i planie ekonomicznym, który ma sprawić, że polska koszykówka szybko odbuduje swoją pozycję w kraju.

Jak będą wybierać prezesa?

Wybory prezesa odbędą się 24 listopada podczas walnego zebrania sprawozdawczo-wyborczego delegatów PZKosz. Wygra kandydat, który zdobędzie bezwzględną większość głosów. W walnym zebraniu może uczestniczyć 89 delegatów, więc w przypadku, gdy wszyscy się pojawią, do zwycięstwa w wyborach wystarczy 45 głosów.



Komentarz

Przemysław Sęczkowski wydaje się idealnym kandydatem na nowego szefa polskiej koszykówki. Dyscypliny, która tkwi w marazmie, którą mało kto chce oglądać, która upadła na dno i dopiero zaczyna wykonywać drobne kroczki we właściwym kierunku.

Koszykówka w Polsce potrzebuje sprawnego menedżera, który wzmocni rolę dyscypliny, reprezentacji i klubów. Kogoś, kto poświęci się odbudowaniu jej pozycji, wyprowadzeniu na prostą, poprawieniu wizerunku. Dlatego trzeba ją oddać w ręce kogoś, kto się na tym zna. Grzegorz Bachański miał już swoją szansę i jej nie wykorzystał. Maciej Zieliński? Świetny koszykarz, legenda, ale nie widzę go w roli sternika, raczej osoby, która będzie nie "przy władzy", ale tuż "obok władzy". A władzę oddajmy ludziom ze świata biznesu.

Sęczkowski daje nadzieję, że polska koszykówka wyjdzie z długów, stanie się równoprawnym partnerem w rozmowach z potencjalnymi sponsorami, przy pomocy których można odbudować siłę podupadłej dyscypliny. Polskiej koszykówce potrzebne jest zupełnie świeże spojrzenie, zerwanie pajęczyn, rozbicie betonu i skostniałej struktury związku. Koszykówka potrzebuje sprawnej, biznesowej ręki (i głowy), kogoś, kto da choć odrobinę wiary w to, że sport, którym pasjonują się niemal na całym świecie, znów będzie znaczącą dyscypliną również w Polsce, stanie się konkurencyjny wobec siatkówki czy piłki ręcznej. Dlatego związkiem musi sterować ktoś, kto wie, jak to zrobić. Ktoś, kto nie będzie myślał tylko o sobie, ale zadba - tak po prostu - o dobro dyscypliny. Bo tylko w ten sposób, choć nie będzie to łatwe, koszykówkę można spróbować wyciągnąć z gęstego mułu.