Skrzydłowy Trefla Sopot Filip Dylewicz: Mamy to, co mamy i próbujemy to wykorzystać maksymalnie

- Przekonaliśmy się o sile Stelmetu, który pomimo słabej dyspozycji dwóch ważnych graczy potrafił z nami wygrać - mówi po przegranym meczu z zespołem z Zielonej Góry (106:108) najskuteczniejszy koszykarz Trefla Sopot w tym spotkaniu (28 pkt) Filip Dylewicz.
Silny skrzydłowy żółto-czarnych w pojedynkę musiał walczyć z podkoszowymi Stelmetu. Pomimo iż stał na straconej pozycji, bo w szeregach rywala rewelacyjnie spisywali się Dejan Borovnjak (24 pkt, 14 zbiórek) i Oliver Stević (25 pkt, 8 zbiórek), to przez większość przedłużonego o dogrywkę meczu godnie stawiał im czoła.

- Obaj ci gracze zagrali fantastyczne spotkanie i mieliśmy ogromne problemy, aby ich zatrzymać. Do tego ich rozgrywający Walter Hodge wykorzystywał swoje atuty fizyczne plus potrafił uruchomić podkoszowych. Trzeba przyznać, że to on był autorem zwycięstwa gości - uważa Dylewicz.

To jednak silny skrzydłowy Trefla okazał się bohaterem regulaminowego czasu gry. Na 10 sekund przed końcem czwartej kwarty Dylewicz oddal rzut za trzy punkty. Piłka odbiła się od obręczy, wystrzeliła w górę, aby opadając, wpaść wreszcie do kosza i w rezultacie doprowadzić do dogrywki.

- Radość było ogromna. Towarzyszyło jej także zdziwienie, gdyż nic nie wskazywało na to, że piłka wpadnie do kosza - opisuje Dylewicz. - Na szczęście się udało, jednakże ogólnie całokształt wypadł średnio. Przegraliśmy spotkanie, które mogliśmy wygrać. W drugiej połowie przestaliśmy grać koszykówkę, która w pierwszej kwarcie przynosiła nam efekty w postaci spokojnego prowadzenia. Później mieliśmy ogromne problemy z zatrzymaniem Hodge'a i Stevicia. Szkoda, że tak się stało, jednak przynajmniej pokazaliśmy, że potrafimy nawiązać walkę ze Stelmetem, który jest jednym z głównych pretendentów do mistrzostwa Polski - dodaje.

Dylewicz zauważa również, że nie tylko on z zespołu Trefla przyczynił się do tak wyrównanego spotkania.

- Generalnie cała drużyna zagrała dobrze. Adam Waczyński i Frank Turner także rzucili ponad 20 pkt. To też obrazuje siłę Stelmetu, który pomimo braku punktów ze strony Quintona Hosleya i Kamila Chanasa był w stanie z nami wygrać. A u nas przecież niemal każdy z graczy przebywających na boisku dołożył się do wyniku - twierdzi silny skrzydłowy sopockiej drużyny.

Nie da się jednak ukryć, że w strefie podkoszowej zabrakło mu wsparcia.

- Kurt Looby miał trochę problemów w obronie i nie wniósł za dużo do naszej gry. Tak więc pod koszem mieliśmy nieco problemów. Chciałoby się, aby bardziej nam pomagał, ale mamy to, co mamy i próbujemy to wykorzystać maksymalnie - kończy Dylewicz.

Czy Trefl i Stelmet to główni faworyci ligi? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o: