W Treflu Sopot potrzebny środkowy. Założenie niestety nierealne

Brak wartościowego podkoszowego gracza, ten oczywisty minus Trefla Sopot uwypukliło hitowe starcie minionej kolejki Tauron Basket Ligi ze Stelmetem Zielona Góra (106:108).
Brak podkoszowego jest widoczny w Treflu od początku sezonu. Lukę miał wypełnić Kurt Looby, ale z tego zadania zupełnie się nie wywiązuje. Owszem, w odróżnieniu od drugiego środkowego Sime Spralji stoi pod koszem, ale nic z tego nie wynika. Braki techniczne Looby'ego w bolesny sposób obnażył podkoszowy Stelmetu Dejan Borovnjak. Serb nabierał zwodami centra Trefla, a do tego trafiał z faulem.

- Pozwoliliśmy przeciwnikowi na wykończenie sporej ilości akcji trzypunktowych, głównie takich, po których trafiali do kosza z pola trzech sekund z faulem. Na pewno nie jesteśmy zadowoleni z naszej obrony - mówi koszykarz żółto-czarnych Adam Waczyński.

Podkoszowi Stelmetu odegrali tez ważna rolę w końcówce dogrywki. To dzięki nim na linii rzutów wolnych stawał niezawodny w tym spotkaniu Mantas Cesnauskis.

- Zagrywki Stelmetu były tak zbudowane, aby Cesnauskis wyszedł po zasłonach po piłkę, a później został sfaulowany. Borovnjak i Stević stawiają bardzo mocne zasłony, więc ciężko jest się przez nie przebić i odciąć swojego zawodnika od podania, a w konsekwencji sprawić, żeby nie wykonywał osobistych - dodaje Waczyński.

Niestety, jak przyznają w Treflu, nie stać ich na wzmocnienie składu. Jak stwierdził Filip Dylewicz, trzeba wykorzystywać to, co się ma.

Resztę da się jakoś zapełnić. Pomimo iż rotacja nie jest wystarczająca, to łatający dziurę na pozycji rzucającego obrońcy Lorinza Harrington spisuje się całkiem nieźle. Do tego zawsze coś do gry wniesie Marcin Stefański. Przełamać musi się jeszcze Michał Michalak. A gdyby dodać jeszcze centra, to Sime Spralja (markuje pozycje środkowego) byłby doskonały uzupełnieniem Dylewicza.

Wciąż patent na obronę rywali znajduje rozgrywający Frank Turner. Amerykanin nawet przy tak mocnej dwójce podkoszowych jaką ma Stelmet potrafi wchodzić pod kosz i zdobywać punkty.

- Od początku tygodnia ćwiczyliśmy, że Quinton Hosley wychodzi w pierwszej piątce, aby bronić przeciwko Turnerowi, a ja z Kamilem Chanasem dzielimy się pozostałymi zawodnikami obwodowymi - zdradził Cesnauskis.

Niestety dla jego drużyny ta taktyka trenera Mihailo Uvalna okazała się chybiona, a Turner bez problemu radził sobie z Hosley'em. Później sprawił również, że z pięcioma faulami z boiska wyleciał lider Stelmetu Walter Hodge.

Dobrym taktycznie posunięciem popisał się natomiast Mariusz Niedbalski rozrysowując ostatnią akcję swojej drużyny w czwartej kwarcie, po której za trzy punkty trafił Dylewicz.

- Mieliśmy prawie wygrany mecz i nagle popełniliśmy jeden błąd w obronie, Filip trafił ciężki rzut i musieliśmy grać dodatkowe pięć minut. Błąd polegał na tym, że nie przekazaliśmy krycia. Filip został na wpół wolny i wykorzystał okazje do rzutu - analizuje Cesnauskis.

Bohaterem meczu został jednak obrońca Stelmetu. Cesnauskis zagrał w Ergo Arenie po raz pierwszy w tym sezonie jako startowy gracz. I właśnie takiego komfortu brakuje Niedbalskiemu, kiedy spogląda na ławkę rezerwowych. Ciężko jest mu zaufać któremuś ze zmienników. A Uvalin perfidnie grał końcówkę dogrywki pod Cesnauskisa.

- Nie jestem takim młodym graczem i dużo razy rzucałem osobiste w ważnych momentach. Nie był to pierwszy mecz, w którym trener Uvalin mi zaufał. W spotkaniu z Anwilem Włocławek także wykonywałem skutecznie osobiste w samej końcówce. A był to dopiero drugi mecz sezonu - kończy Cesnauskis, który na koniec niedzielnego spotkania trafił wszystkie sześć rzutów wolnych.

Czy Trefl za wszelka cenę powinien się wzmocnić? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »