Darius Maskoliunas: W Sopocie jestem jak u siebie w domu

- Mam tu idealne warunki do pracy, świetne miasto, wielu znajomych. Daj Boże, żeby tak było dalej. Byśmy mogli budować coraz lepszy zespół, który mógłby się pokazać nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. Myślę, że to co najlepsze jest jeszcze przed Treflem i przede mną - mówi trener koszykarzy Trefla Sopot Darius Maskoliunas.
Konrad Marciński: Po ośmiu latach przerwy wraca pan do Sopotu. Tym razem już nie jako koszykarz a trener. Czy po pracy w tak uznanych i utytułowanych klubach jak Żalgiris Kowno czy Lietuvos Rytas Wilno przejście do Trefla to nie jest dla pana krok w tył w karierze szkoleniowca?

Darius Maskoliunas: Życie trenera polega na tym, że praca w jednym klubie się kończy, a w innym się zaczyna. Objęcie posady szkoleniowca w Treflu nie traktuję jako kroku w tył, tylko jako kolejny etap mojej kariery. A Sopot i Trefl to dobre miejsca, by się rozwijać. Znam to miasto i klimat, jaki tu jest dla koszykówki, wiem też, jakie są ambicje prezesów i właścicieli klubu. Chcemy tu wspólnie zbudować coś trwałego. Pewne fundamenty już są i teraz krok po kroku będziemy stawiać kolejne piętra. Wiadomo, że musimy się poruszać w określonych ramach, jeśli chodzi o budżet, ale póki co wszystko nam wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Poza tym miałem już dość pracy na Litwie.

Dlaczego?

W Żaligirisie nie miałem szczęścia do sponsora i właściciela klubu. Zupełnie nie mogłem pogodzić się z tym, jak ten człowiek wtrącał się do mojej pracy. On chciał decydować o tym, jak drużyna ma trenować i grać w meczu, kto i kiedy ma wejść na zmianę, ile minut dany gracz ma spędzać na parkiecie. Wydawało mu się, że skoro on płaci, to może rządzić. Ja mam zupełnie inne podejście do tego, jak powinien wyglądać profesjonalnie zarządzany klub. Dlatego nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka i musieliśmy się rozstać. Ale już nie chcę do tego wracać. Z kolei w Lietuvosie miałem i dobre, i złe czasy. W poprzednim sezonie przejąłem zespół już w trakcie rozgrywek po trenerze Aleksandarze Dzikiciu. To była drużyna, której nie budowałem, w dodatku nasz skład nie był dobrze skompletowany. Dlatego faktycznie nie graliśmy rewelacji i klub zdecydował o zmianie trenera. Ale nie żałuję wyjazdu z Litwy, bo w Sopocie czuję się jak w domu.

Długo się pan zastanawiał, zanim zdecydował się podpisać kontrakt z Treflem?

Nie, to nie była dla mnie trudna decyzja. Tym bardziej że klub poszedł mi na rękę i mogłem zacząć pracę po Eurobaskecie [Maskoliunas był członkiem sztabu reprezentacji Litwy na mistrzostwach Europy]. Ale oczywiście zanim zaczęliśmy współpracę, odbyliśmy wiele rozmów co do ogólnej filozofii prowadzenia drużyny. Mamy podobne spojrzenie na koszykówkę i szybko się dogadaliśmy. W Treflu mam pole do własnego działania, nie tak jak na Litwie.

Do zespołu dołączył pan na krótko przed startem sezonu. Czy zdążył pan już odcisnąć na drużynie swoją rękę? Czy zawodnicy grają już tak, jak oczekuje tego od nich Darius Maskoliunas?

Jeszcze dużo pracy przed nami. Na pewno jeszcze daleko jest do tego, co chciałbym, aby ci chłopcy grali. Nie jestem jednak niecierpliwy i mam świadomość, że od razu nie wszystko będzie wychodziło. Mam w zespole sporo młodych graczy i muszę ich przyzwyczaić do mojej filozofii, do tego, czego wymagam od nich i na treningach, i na meczach. Na pewno jednak jestem zadowolony z tego, jaką robotę wykonujemy na treningach. Wszyscy pracują na 100 procent i są w pełni skoncentrowani. To podejście mi się podoba.

A jak zespół ma grać, żeby był pan w pełni zadowolony?

Przede wszystkim musimy poprawić defensywę. Na razie nie gramy takiej obrony, jaką bym chciał, żebyśmy prezentowali. Poukładanie gry defensywnej to jest bardzo ciężka praca, na którą trzeba przeznaczyć dłuższy czas. Żeby to wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku - kiedy zawodnicy wyczuwają się wzajemnie, wiedzą, kiedy trzeba się przesunąć, kiedy wyjść do zawodnika itd. Na razie nam tego brakuje. Chcę, żeby chłopcy rozumieli, że obrona jest najważniejsza, że od dobrej defensywy łatwiej przejść później do ataku. A w ofensywie mamy duży potencjał, zarówno jeśli chodzi o rzuty z dystansu, jak i pod koszem.

Tam ma pan faktycznie "dwie wieże". Ale z duetu Yemi-Gadri Nicholson - Milan Majstorović tylko ten pierwszy spisuje się dobrze.

Nicholson z meczu na mecz prezentuje się coraz lepiej, ale też nie jest to optimum jego możliwości. Ma jeszcze braki, jeśli chodzi o formę fizyczną. Majstorović miał swoje problemy, bo przecież w ostatnim czasie w ogóle nie grał w koszykówkę. Z tego też powodu było nas w ogóle stać, żeby go u nas zatrudnić. Teraz musimy go odbudować, a wiadomo, że na to potrzeba czasu. Z drugiej strony dobrze w drużynę wkomponował się Paweł Leończyk i jest w dobrej dyspozycji już na starcie sezonu.

Pod koszem jest też nowy kapitan Marcin Stefański.

Marcin ma swoje słabości, ale ma też niezaprzeczalne atuty i myślę, że każdy trener chciałby mieć w swojej drużynie takiego zawodnika, który pójdzie na każdą piłkę i da z siebie nie 100, ale 200 procent na boisku.

A nie żal panu, że nie ma już w drużynie starego kapitana, czyli Filipa Dylewicza?

Nie będę ukrywał, że chciałem, by Filip został w zespole, ale nie udało się nam go zatrzymać. Dostał propozycję z Turowa Zgorzelec i z niej skorzystał, a my musimy poradzić sobie bez niego. Cały czas mam z Filipem dobry kontakt, bo przecież razem graliśmy na boisku. Mam nadzieję, że tak pozostanie.

Dylewicz przez lata był nie tylko kapitanem, ale i liderem Trefla. Kto teraz będzie pełnił tę rolę?

Zawsze mówiłem, że chciałbym mieć w drużynie pięciu-sześciu liderów. Żeby każdy z tych zawodników wnosił jakość do gry zespołu. Nie podoba mi się taki model, w którym jest jeden gracz, który się wyróżnia, a cała reszta na niego pracuje. W mojej grupie chcę, by każdy miał ambicję bycia liderem i każdy był w stanie pomóc drużynie. Raz jeden weźmie na siebie ciężar gry i pociągnie resztę, a w innym meczu będzie to ktoś inny. Widzieliśmy to już w meczach tego sezonu, kiedy raz błyszczał Sarunas Vasiliauskas, innym razem Michał Michalak czy Leończyk.

A Adam Waczyński? To dobry kandydat, by być gwiazdą? Nie tylko Trefla, ale i całej ligi?

Adam to wciąż młody gracz. Ma 24 lata, a gra już bardzo mądrze i dojrzale. Myślę, że zapracuje sobie na status wyróżniającego się zawodnika. Adam ma moje zaufanie, dostaje dużo minut na parkiecie i chcę, by ten czas w pełni wykorzystał. Robi to świetnie, a z drugiej strony widać, że cały czas stara się udoskonalać swoją grę i być coraz lepszym koszykarzem.

Ma pan też w drużynie dużą grupę młodzieży.

Zgadza się. Są przecież Michalak, David Brembly, Paweł Dzierżak czy Łukasz Jaśkiewicz. To utalentowani zawodnicy, dostają swój czas na parkiecie i z czasem tych minut będzie coraz więcej. Widać, że możliwość gry w meczu daje im takiego pozytywnego kopa do dalszej pracy. Przyszłość należy do nich, teraz mają okazję, żeby się pokazywać i coraz bardziej pomagać drużynie. Oby tylko omijały ich kontuzje.

U młodych zawodników istnieje ryzyko wahań formy.

To prawda. Nawet w wygranych meczach widać, że u niektórych jeszcze nie wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Nie tylko jeśli chodzi o stronę sportową, ale też mentalną. Ale i tak wolę brzydkie zwycięstwa niż piękne porażki.

Na co stać Trefl w tym sezonie? Uda się wskoczyć na podium mistrzostw Polski?

Wyznaczanie celów należy do właścicieli i zarządu klubu. Ja nie obiecuję niczego, bo w sporcie wszystko może się zdarzyć. Dla mnie każde spotkanie jest ważne i traktuję je jak mecz finałowy. A po sezonie będzie czas, żeby usiąść i wszystko podsumować. Wtedy będzie można ocenić, czy osiągnęliśmy maksimum tego, na co nas było stać, czy mogliśmy zrobić coś więcej.

Wiąże pan swoje losy z Treflem na dłużej?

Dlaczego nie? Mam tu idealne warunki do pracy, świetne miasto, wielu znajomych. Daj Boże, żeby tak było dalej. Byśmy mogli budować coraz lepszy zespół, który mógłby się pokazać nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Myślę, że to co najlepsze jest jeszcze przed Treflem i przede mną.

Czy Maskoliunas poprowadzi Trefla do sukcesów? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »