Koszykarze Trefla Sopot nie zagrają w finale play-off

Fatalnie wykonywane rzuty wolne, tragiczna druga kwarta oraz brak walki na deskach - te czynniki złożyły się na porażkę Trefla Sopot w siódmym meczu półfinału play-off z PGE Turowem Zgorzelec. Sopocianie zagrają więc o brąz, a Turów w finale zmierzy się z Asseco Prokom Gdynia.
30 min. gry przyniosło prowadzenie Turowa 60:48. Sytuacja sopocian wyglądał wówczas tragicznie. W drugiej i trzeciej kwarcie rzucili oni w sumie tylko 23 pkt. Co gorsza zupełnie niewidoczny był Filip Dylewicz, czyli lider Trefla. Przyjezdnym nie pomagało nawet to, że w ofensywie wyłączony z gry był lider gospodarzy Torey Thomas. Najlepszy zawodnik sezonu zasadniczego pierwsze punkty w meczu (celna trójka) zdobył dopiero w 25 min. Sopocianie zbyt wiele akcji chcieli kończyć po indywidualnych zagraniach. Co ciekawe starali się rozpoczynać ataki pozycyjne pick&rollem. Zagranie to polega na postawieniu zasłony (zablokowaniu obrońcy) zawodnikowi z piłką. Zazwyczaj czynili to najwyżsi w drużynie, czyli Dragan Ceranić (także zagubiony na boisku) lub Slobodan Ljubotina. Serbowie, zamiast stopować obrońcę, tylko to pozorowali. Do tego zamiast próbować zbiegać pod kosz, zostawali na obwodzie, a z tego nic nie wynikało. W ostatniej kwarcie piłkę za linią 6,75 m otrzymał Ljubotina. Ale to co zrobił bardziej przypominało pchnięcie cegłą niż rzut do kosza.

Nieudane pick&rolle powodowały, że koszykarz, który kozłował piłkę musiał sam szukać pozycji do rzutu. A to kończyło się tragicznie. I wtedy przyszła czwarta kwarta. Zaczęła się ona równie mało obiecująco jak poprzednie - sam na sam z koszem spudłował Ljubotina. Serbowi dopisało jednak szczęście. Piłka wpadła ponownie w jego ręce, Ljubotina popisał się celną dobitkę, a do tego był faulowany. Piąte przewinienie popełnił Bartosz Bochno, a środkowy Trefla stanął na linii rzutów wolnych. I wtedy wrócił na chwilę koszmar poprzednich kwart. Ljubotina spudłował wolnego i w tym momencie Trefl miał 50 proc. skuteczności (10/20) rzutów osobistych (60:50).

Sopocianie postawili wreszcie na defensywę. Turów popełnił błąd 24 s, a w kolejnej akcji obok kosza rzucił David Jackson. W odpowiedzi za trzy trafił Paweł Kikowki i pod koniec 32 min. Trefl przegrywał tylko różnicą 5 punktów (60:55). I wtedy uwypuklił się kolejny grzech sopocian, popełniany w środę nagminnie - brak walki na tablicach. Już w pierwszej połowie częstym widokiem był Dylewicz, kręcący z niedowierzaniem głową. Koszykarze Trefla nie potrafili zastawić przy zbiórce czy wyskoczyć do lecącej samotnie piłki. Turów w całym meczu miał aż 18 ofensywnych zbiórek, a w tym elemencie wygrał w sumie 42:26.

Gospodarze mogli więc pudłować, a i tak piłka wracała w ich posiadanie. Koszykarze Turowa dalej jednak pudłowali, ale wtedy sopocianie już faulowali. A gdy trzeba było już trafić, ciężar gry wziął na siebie Jackson. W ostatnie części meczu Amerykanin rzucił 12 pkt.

Trefl ostatni kontakt z przeciwnikiem złapał na 2 min. przed końcem, kiedy punkty zdobył Adam Waczyński (70:67). Od tego momentu goście bardzo chcieli trafić z dystansu lub półdystansu, ale robili to nieskutecznie. Turów natomiast spokojnie punktował z linii rzutów wolnych i dlatego jego przewaga wzrosła do 10 pkt.

Treflowi pozostała więc tak jak przed rokiem walka o trzecie miejsce. W poprzednich rozgrywkach sopocianie przegrali 1:2 z Polpharmą Starogard Gdański. Tym razem zmierzą się również z drużyną z woj. pomorskiego - Energą Czarni Słupsk. Pierwszy mecz serii do dwóch zwycięstw 7 maja o godz. 15.30 w Sopocie. Drugi 10 maja w Słupsku.

Turów natomiast w finale zmierzy się z Asseco Prokom. Pierwsze dwa mecze w sobotę (godz. 20.30) i w poniedziałek (godz. 18) w Gdyni.

PGE Turów Zgorzelec - Trefl Sopot 77:67. Kwarty: 23:25, 22:9, 15:14, 17:19. Turów: Jackson 23, Wysocki 13 (1), Tomaszek 12, Brkić 10 (2), Thomas 8 (1) oraz Kickert 7, Zigeranović 4, Gabiński 0, Bochno 0, Kuebler 0. Trefl: Waczyński 18 (2), Kinnard 11 (2), Dylewicz 6, Harrington 6, Ceranić 4 oraz Kikowski 13 (1), Ljubotina 7, Stefański 2. Stan rywalizacji: 4:3 dla Turowa.