Władze Atomu Trefl Sopot nie potrafią wyciągać wniosków. Co odejście, to skandal [KOMENTARZ]

Odejście z Atomu Trefl Sopot trenera Jerzego Matlaka w atmosferze niedopowiedzenia i krzywdzących go insynuacji w największej mierze uderza w klub, a nie trenera. To zresztą nie przypadek. W poprzednim sezonie bez klasy żegnano się też z prezesem Piechockim, siatkarkami czy sztabem szkoleniowym - pisze Maciej Korolczuk z ?Gazety? i Trójmiasto.sport.pl
Wokół zaskakującej dymisji trenera Jerzego Matlaka zdążyło już narosnąć w Sopocie kilka hipotez. Jedni twierdzą, że to trener miał dość współpracy z władzami klubu i dymisja była mu na rękę. Drudzy, że to klub czekał na pretekst, by pozbyć się szkoleniowca. Jeszcze inni, że decyzję o dymisji Matlaka podjęto poza Sopotem, w gabinetach sponsora klubu. Pewne jest jedno: od samego początku jego pracy były selekcjoner reprezentacji Polski znalazł się między młotem a kowadłem. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, że między zarządem klubu a radą nadzorczą tzw. chemia skończyła się już dawno. Jedni zarzucają drugim niegospodarność, ci rewanżują się uprzedzeniami i brakiem woli współpracy. Osobiste niesnaski rykoszetem uderzyły w Matlaka i jego zespół. Trener pozbawiony wsparcia swoich przełożonych, zajętych w tym czasie kuluarowymi rozgrywkami personalnymi, od kilku tygodni bezskutecznie lobbował, a w zasadzie próbował lobbować za wzmocnieniem drużyny. Jego apele okazały się głosem wołającego na puszczy. Ale nie tylko jego. Niecierpliwiła się też drużyna. Zawodniczki, zdając sobie sprawę z medalowej, a co za tym idzie finansowej szansy, która z końcem sezonu przez nierozwiązane problemy kadrowe może się wymknąć, wielokrotnie pytały szkoleniowca, czy uda się uzupełnić kadrę i powalczyć o obronę tytułu. Dziś od władz klubu dostały odpowiedź jednoznaczną: macie sobie radzić w takim składzie jak obecnie.

W czasie gdy Matlak próbował zapewnić sobie względny komfort pracy, niebezpiecznie zaczął się zbliżać koniec okna transferowego. Frustracja w drużynie i szkoleniowcu (całkowicie zrozumiała) narastała, dodatkowo podsyciło ją fiasko udanych testów bułgarskiej środkowej, która rozwiązałaby problem kadrowy już kilka tygodni temu. Gdy trener w wywiadzie dla "Gazety" stwierdził, że odnosi wrażenie, że w Trójmieście nikomu nie zależy na obronie tytułu , czara goryczy przelała się w obie strony.

Paradoksalnie, dymisja Matlaka, tłumaczona krzywdzącymi go niedopowiedzeniami i sugestiami, stawia w niekorzystnym świetle nie jego, lecz klub, który po raz kolejny nie potrafi pożegnać się z byłymi współpracownikami.

W łudząco podobnej atmosferze niedopowiedzenia z Sopotu odchodził w poprzednim sezonie prezes Konrad Piechocki, ze łzami w oczach z drużyną żegnała się Dorota Świeniewicz, po czym zakończyła karierę. W trakcie rozgrywek z żalem kontrakt rozwiązała Neriman Ozsoy, z dnia na dzień z zespołu odeszła też Amaranta Fernandez Navarro. Tylnymi drzwiami Atom opuścili też członkowie sztabu szkoleniowego Alessandro Chiappiniego i pracownicy administracji. Exodus trwał w najlepsze także po sezonie, gdy z mistrzowskiego składu pozostały zaledwie dwie rezerwowe. Władze klubu miały już więc wystarczająco dużo okazji, by forma rozstania nie powodowała dodatkowego niesmaku. Bo tytuł mistrza Polski zobowiązuje.

Więcej o: