Sport.pl

Wojciech Drzyzga: Atom gra wymuszoną siatkówkę

- Popularność siatkówki i frekwencja na meczach nie świadczy, że mamy najwyższy poziom i najlepszych zawodników. Klubowo jesteśmy w przedsionku tych najlepszych zespołów i nie mamy co mówić, że należymy do elity - mówi po odpadnięciu Atomu Trefla Sopot z rozgrywek Ligi Mistrzyń były siatkarz i trener, obecnie ekspert Polsatu Sport Wojciech Drzyzga.


Obserwuj autora na Twitterze - @ka_suchecki

Kacper Suchecki: Czy Atom Trefl miał w ogóle realną szansę na awans do 1/6 finału play-off Ligi Mistrzyń w rywalizacji z Eczacibasi Stambuł?

Wojciech Drzyzga: Po losowaniu wiadomo było, że papierowym faworytem będą Turczynki. Powodem takiego stanu rzeczy było to, że ten zespół lepiej funkcjonuje w rozgrywkach europejskich, że ma kilka bardziej znanych zawodniczek, jest zgrany i ma wielką gwiazdę - Neslihan Demir. Jednak to nie stawiało mistrza Polski z góry na straconej pozycji. Cała nadzieja legła w gruzach podczas meczu rozgrywanego w Sopocie. Przegrana 0:3 ustawiła całą rywalizację. Drugie spotkanie pokazało, że gdyby kilka zawodniczek Atomu zagrało na takim poziomie w pierwszym meczu i uzupełniono by to wszystko grą środkiem, to mogłoby się to skończyć zupełnie inaczej. Obu zespołów nie dzieliła przepaść. Myślę, że nie był to przeciwnik, który przerastał sopocianki o dwie głowy. Wszystko co najgorsze w tej rywalizacji z Eczacibasi wydarzyło się w pierwszym meczu.

Czy Atom i w ogóle polskie kluby mogą rywalizować z najlepszymi w Europie?

- Ogranie i doświadczenie niektórych dziewczyn z Atomu nie jest wcale mniejsze niż ich przeciwniczek Myślę, że jakbyśmy przejrzeli dokładnie CV i tak tylko papierowo zrobili porównania, to nie jest jakaś przepaść. Myślę nawet, że łatwo byłoby znaleźć równowagę, a może byśmy mieli małą przewagę na rzecz Sopotu.

Jednak częste zmiany trenerów, zawodniczek z pewnością nie pomagają w budowaniu zespołu, który może powalczyć w europejskich pucharach.

- Ja wiem, że Atom gra kolejny sezon w bardzo zmienionym składzie, ale też nie ukrywajmy, że kilka naszych zawodniczek współpracuje ze sobą od lat. Choć co dziwne, właśnie w meczu z Eczacibasi współpraca na linii rozgrywająca-środkowe wyglądała najbardziej niepokojąco i nieporadnie, co nie powinno mieć miejsca na tym poziomie.

W takim razie skoro najbardziej doświadczone zawodniczki Atomu nie mogą się zgrać, gdzie mogliśmy upatrywać jakiejkolwiek szansy na awans?

- Sportowo myślę, że szanse były wyrównane. Potencjał w zespole mistrzyń Polski jest cały czas bardzo duży. Natomiast drużyna wciąż nie gra równo i nie potrafi wykorzystać nadarzających się okazji. Trzeba się zastanowić, czy uda się grę Atomu ustabilizować, też żeby te zalety i wady na boisku były bardziej zbilansowane. Nie można liczyć tylko na szczęście. Oczywiście, gdyby zespół miał w składzie tak mocną zawodniczkę jak w poprzednim sezonie, czyli Rachel Rourke, to można byłoby się na tym oprzeć i wygrać wszystko, grając ślepo do tej zawodniczki. Jednak ani na Europę, ani na świat takie rozwiązanie nie wystarcza. Trzeba mieć uzupełnienie na innych pozycjach. Choć w meczu w Stambule wydawało mi się, że Atom ma takie uzupełnienie. Dobrze się prezentował, zespół miał fajny dzień, ale wyszły inne słabości i wynik był jaki był.

Zdecydowanie szansy upatrywać można było w potencjale fizycznym, wzroście, sile i możliwościach gry. Za dużo było jednak widocznych problemów z wykorzystaniem elementów bardziej nowoczesnej siatkówki - i to nie jest wcale duża uszczypliwość w kierunku trenera. Atom gra siatkówkę troszkę wymuszoną, widać, że lekkość i powtarzalność w zagranicznych zespołach jest zdecydowanie na wyższym poziomie. U nas są próby zagrań, ale często się kończą pomyłkami i musi się zdarzyć kilka bardzo korzystnych czynników, żeby zespół nagle zaczął funkcjonować. Jedna zawodniczka gra słabiej? Nie szkodzi, wchodzi druga! W trakcie spotkań z Eczacibasi okazało się, że w zespole są wartościowe rezerwowe.

To jak właściwie gra Atom?

- Atom gra stylem, jakim gra, wystarczy czasami siła, zasięg i wzrost. Atomówki bardzo często ratują się blokiem i świetną zagrywką, wcześniej gorzej bywało z atakiem. Teraz z tym elementem o dziwo było super, bo te zmiany się udały i nagle Kim Hill zagrała na wysokim poziomie. Wydawało się, że przy takiej sile ofensywnej można pograć, ale tym razem moim zdaniem spory zawód sprawiły rozgrywająca oraz środkowe. O indywidualnej winie nie chcę rozsądzać, jednak ta współpraca wyglądała fatalnie. A przecież widzieliśmy, że po pierwszym secie można z Turczynkami grać mocno. Kolejnym mankamentem był blok, który mieliśmy przeciwstawić Demir. To jednak nie zafunkcjonowało i widzieliśmy, jak od pewnego momentu gwiazda Eczacibasi robiła na boisku co chciała i kończyła większość ataków bez względu na reakcje sopocianek na siatce. To wszystko spowodowało, że Atom już teraz musiał pożegnać się z Ligą Mistrzyń.

Czy sporo zmian na stanowisku trenera na przełomie ostatnich sezonów ma wpływ na to, że trzeci raz z rzędu Atom nie awansował do 1/6 finału Ligi Mistrzyń? Trener Teun Buijs mówi, że szkoleniowiec Eczacibasi z drużyną pracuje od kilku lat i z zespołem ma lepszy kontakt i więcej wyrobionych systemów gry, co ma oczywiste przełożenie na końcowy sukces.

- Z perspektywy holenderskiego trenera Atomu z pewnością jego staż pracy w drużynie może mieć wpływ na sytuację. Ten jego czas pracy jest relatywnie krótki, ale z drugiej strony dysponuje dobrze zorganizowanym klubem, z dobrymi wynikami. Trenerzy zmieniają się na całym świecie, a gdy nie zmieniają się szkoleniowcy, to dochodzi do roszad w składzie, odchodzą siatkarki. Duże kluby często wymieniają kluczowych zawodników, szukając gwiazd i wzmocnienia składu. To była bardziej polityczna wypowiedź Buijsa niż realna, oddająca sedno sprawy. Nieraz trener jest miesiąc i ma wyniki, czasami trzy lata i nie odnosi sukcesów. Dużo zależy od polityki danego klubu, dlaczego do zmian na ławce trenerskiej dochodzi. Przecież wiadomo, jaki był powód zmian trenerskich w Sopocie.

Czy sopociankom brakuje zmiany systemu gry na bardziej "męski"?

- Wystarczy popatrzeć na grę zespołów, które awansowały do 1/6 finału Ligi Mistrzyń. Warto zwrócić uwagę, jak wyglądają akcje, jaką parabolę lotu ma wystawa na skrzydła. Tu się pojawia największy zarzut do polskiej siatkówki żeńskiej. My gramy wysoko, bardzo wysoko i hiperwysoko. Czasami w meczu zdarzy się piłka płaska i wtedy mówimy, że gramy szybko. Za granicą grają głównie płasko, szybko i bardzo szybko, widać ten styl siatkówki męskiej. W Atomie mocno szwankuje gra środkiem. Za dużo jest przypadku, a w siatkówce przypadku przecież być nie może.

Przecież do niedawna chwalono naszą siatkówkę żeńską.

- W siatkówce żeńskiej w kraju największy problem jest z system gry w niektórych sytuacjach. My szukamy uproszczenia i spowolnienia gry, natomiast inne zespoły, gdy mają ciężką sytuację na boisku, starają się akcje rozwiązywać dalej bezkompromisowo, szukając utrudnienia dla przeciwnika. Brakuje akcji przyspieszających. Atom, niestety, w swoich rozwiązaniach pipe'a [atak środkiem z drugiej linii - red.] używa raczej w sytuacjach ratunkowych, a inne drużyny tego sposobu używają w formie rozegrania. Głównym powodem jest problem z pierwszą piłką. Ciężko wtedy, żeby ostatnia piłka była dobra, gdy pierwsza nie ma tempa. W takim wypadku cała gra polega bardziej na przypadku i wierze, że prostym sposobem atakujące na skrzydle będą miały dużą skuteczność na podwójnym bloku. Atom ma ogromny potencjał, ale sporo elementów jest jeszcze do wyszlifowania.

Niby siatkówka w naszym kraju się rozwija, jednak patrząc na mecze, turnieje w ostatnich latach, musimy chyba zweryfikować nasze miejsce w światowej stawce?

- Za szybko popadamy w hurraoptymizm i za szybko widzimy wszystko w czarnych barwach. Rozsądna ocena swoich możliwości i w siatkówce męskiej, i żeńskiej jest podstawowym punktem wyjścia do zasadnej i logicznej dyskusji. Bo to, że chciejstwo jest w kraju na olbrzymim poziomie, to fakt. Część medali, które zdobyliśmy, była po prostu kwestią sportowego przypadku. Musimy uświadomić sobie, że o sukcesach decyduje szczęście i gdy od tego wyjdziemy, łatwiej będzie nam budować tę naszą siatkówkę. Nie oceniam ostatnich występów naszych klubów i reprezentacji jako fatalne. Oczywiście, przegraliśmy parę spotkań, ale nie jesteśmy zespołami, które będą wygrywały wszystko i zawsze. Być może powinniśmy za każdym razem wymagać stabilizacji. Oczekiwać na koniec turniejów miejsc 1.-6.?

Gdzie w takim razie znajduje się polska siatkówka?

- Klubowo jesteśmy w przedsionku tych najlepszych zespołów i nie mamy co mówić, że należymy do elity. Nie te budżety, nie ci zawodnicy. Za każdym razem powinniśmy się cieszyć, gdy przebijemy się do finałów. Każdy finał europejskich pucharów powinien być przez nas traktowany w kategoriach bardzo dużego sukcesu. Nasze podejście i traktowanie się mocarstwowo jest nieuzasadnione. Jakie mamy sukcesy i jaka jest ich powtarzalność? Raczej cały czas jesteśmy krajem, nie powiem, że takim, który się rozwija, raczej krajem, który wciąż pracuje nad siatkówką. Popularność siatkówki i frekwencja na meczach nie świadczy, że mamy najwyższy poziom i najlepszych zawodników. Wymagania w stosunku do mistrzyń Polski z Sopotu wyższe powinny być rok, dwa lata temu niż obecnie. W poprzednich latach, przynajmniej na papierze, ten skład wyglądał na naprawdę "kozacki". Sztab, trenerzy, obsługa, zawodniczki - to wszystko było napompowane do właśnie mocarstwowych rozmiarów. Planowana była druga, tym razem żeńska, SKRA Bełchatów i wtedy te oczekiwania przytłoczyły zespół. Mimo wszystko udało się cudem zdobyć ten tytuł, ale nakłady, jak na siatkówkę, poczynione zostały olbrzymie. Dzisiaj tą ścieżką podążają Police z Chemikiem, ale zobaczymy, jak to wyjdzie. Według mnie to nie jest system, ale tylko i wyłącznie szybki sposób na wynik. Życzę jednak i sopociankom, i Chemikowi sukcesów w europejskich pucharach w kolejnym sezonie.

Zgadzasz się z Wojciechem Drzyzgą? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o: