Sport.pl

Fizjoterapeuta Atomu, który potrafi czynić cuda

- Nic mi nie daje większej satysfakcji niż pacjent, którego wnoszą do gabinetu, a wychodzi na własnych nogach - mówi dr Aleksander Bielecki, fizjoterapeuta Atomu Trefl Sopot.
Tydzień temu, kiedy do drużyny siatkarek z Sopotu dołączyła Rosjanka Olga Fatiejewa, po jednym z pierwszych treningów zajrzała do jego gabinetu. Niewielkiego pomieszczenia tuż obok szatni i wejścia do bocznej hali Ergo Arena. Sterylna czystość, dwa łóżka do masażu, w szafkach za szkłem maści, kremy, bandaże, lekarstwa, suplementy. Na biurku świeżo wydrukowane wyniki badań, a w kubku gwoździe do... nakłuwania pacjentów. W powietrzu unosi się zapach maści rozgrzewających. Po chwili chrzęst przestawianych stawów i strzelających kości słychać na korytarzu. - Pierwszy raz w życiu czuję się tak fantastycznie - powiedziała Rosjanka, kiedy wyszła z gabinetu.

***

Do Sopotu trafił po namowach prezesa Konrada Piechockiego, który zwrócił uwagę na Bieleckiego już kilka lat temu.

- Kiedy pracowałem w Kędzierzynie i reprezentacji Polski, zadzwonił do mnie pan Piechocki i zapytał, czy nie zechciałbym pracować w Bełchatowie - wspomina fizjoterapeuta Atomu. - Początkowo nasza współpraca polegała na comiesięcznych konsultacjach. Kiedy zadzwonił do mnie dyrektor Atomu Marek Brandt, uznałem, że trzeba się sprawdzić. Każdego nowego pacjenta, każde nowe miejsce pracy traktuję jako nowe doświadczenie, bo wciąż się uczę.

Kiedy okazało się, że Bielecki odejdzie z ZAKS-y do Sopotu, największe gwiazdy zespołu Paweł Zagumny i Sebastian Świderski zagrozili, że też odejdą z klubu. Podobnie było parę lat wcześniej, kiedy Bielecki odchodził z kadry lekkoatletów.

W styczniu 2009 r., kiedy związkiem lekkoatletów wstrząsały kolejne problemy finansowe, szef szkolenia PZLA Henryk Olszewski grzmiał: - Jestem załamany. Już dwa lata temu straciliśmy dwóch świetnych fizjoterapeutów Marka Adamskiego i Aleksandra Bieleckiego, którzy nie chcieli pracować za śmieszne pieniądze. Poszli pracować do klubów i dobrze na tym wyszli.

W podobnym tonie wypowiadał się Marek Plawgo: - Z naszej perspektywy wygląda to mizernie. Sprzęt, jaki dostajemy, jest nieodpowiedni. W najważniejszym momencie padła opieka odnowy biologicznej. Związek pozbył się dwóch najlepszych fizjoterapeutów. Wiele do życzenia pozostawia też organizacja obozów szkoleniowych - wyliczał były wicemistrz Europy, brązowy medalista mistrzostw świata w biegu na 400 m przez płotki.

***

Tylko podczas wtorkowego treningu do gabinetu Bieleckiego trafiły dwie siatkarki. Najpierw bark wypadł Izabeli Śliwie, chwilę później na ból stopy narzekała Katarzyna Konieczna. - Ta praca nigdy się nie kończy, bo zawsze jest coś do zrobienia - uśmiecha się Bielecki, który podobnie jak cały sztab Atomu mieszka na jednym z sopockich osiedli. - Mam w domu mały gabinet, do którego o każdej porze dnia i nocy trafiają pacjenci.

Potwierdza to wieloletni menedżer kadry, prywatnie przyjaciel Bieleckiego Witold Roman. - Nigdy nikomu niczego nie odmówił. Zawsze stara się pomóc i nie znam przypadku, żeby mu się nie udało - mówi Roman. - Olek to osoba, dla której nie ma sztywnych godzin pracy. To perfekcjonista i fachowiec największej klasy.

Kiedy jedzie z kadrą na zgrupowanie, jego nadbagaż przekracza na lotnisku dopuszczalną normę o... 300 kg. - Stara się zawsze mieć wszystko pod ręką. W hotelu trzeba mu zamawiać największy pokój, bo z tym sprzętem musi się gdzieś pomieścić - śmieje się Roman.

Lista pacjentów Bieleckiego nie ma końca. Reprezentacja siatkarek, siatkarzy, piłkarzy ręcznych, lekkoatletów, praca w klubach, prywatnym gabinecie pod Opolem, a nawet opieka medyczna w... Tańcu z Gwiazdami czy You Can Dance. - Rzeczywiście, trochę tego było - śmieje się Bielecki.

W jego gabinecie można było spotkać Tomasza Majewskiego, Piotra Małachowskiego, Andrzeja Gołotę, śp. Kamilę Skolimowską, niemal wszystkich reprezentantów i reprezentantki, od siatkówki aż po skok wzwyż. Po latach praktyki Bieleckiemu wystarczy spojrzeć na stojącego przed nim pacjenta, by ocenić, jaka wada postawy mu dolega.

- Mikrourazy są jak klocki domina. Jeden przewraca drugi itd. Staram się te klocki ustawiać na swoim miejscu. Z każdego kursu wyciągam sobie jedną perełkę, umiejętność, która może mi się przydać. To mój system, a nie schemat pracy.

***

Bielecki urodził się w Strzelcach Opolskich. - Od małego interesowałem się sportem, a moje początki to jeździectwo - wspomina. - Kiedy urosłem, przerzuciłem się na karate i zostało mi to do dzisiaj.

Jak więc pogodzić "uszkadzanie" ciała w karate, z jego obecnym zajęciem, a więc jego naprawianiem?

- Karate to nie tylko walka, ale idea - podkreśla Bielecki, który na matach zdobył m.in. dwukrotnie wicemistrzostwo Europy, a na mistrzostwach świata w Tokio wywalczył czwarte miejsce. Był też wicemistrzem Polski, czterokrotnie stawał na najniższym stopniu podium. - Jako reprezentant Polski byłem z kadrą na mistrzostwach świata w Japonii, a po zakończeniu kariery postanowiłem zostać przy sporcie, a w zasadzie przy medycynie sportowej, która zawsze mnie interesowała.

Po zaledwie kilku latach praktyki i mnożących się certyfikatach przywożonych z ukończonych kursów (m.in. terapii manualnej, neuromobilizacji, kinesiotapingu, akupunktury, akupresury, klawiterapii) w środowisku sportowym szybko rozeszła się wieść o lekarzu, potrafiącym czynić cuda.

- Z tymi cudami bym nie przesadzał - znów wykręca się skromnością Bielecki, który zdążył już wychować u swego boku wybitnych specjalistów. M.in. Pawła Brandta, który podczas ubiegłorocznych igrzysk w Vancouver opiekował się Justyną Kowalczyk, a obecnie Anitą Włodarczyk i Szymonem Ziółkowskim.

Jeden z pacjentów Bieleckiego, pochodzący z tej samej miejscowości były piłkarz Arki Przemysław Trytko, mówi, że też jest na liście osób, którym Bielecki pomógł. - Mieliśmy akurat przerwę w rozgrywkach. Przyjechałem do domu z lekkim urazem i ktoś mi powiedział, żebym poszedł do pana Olka. Po jednej wizycie ból minął - mówi obecny napastnik Jagiellonii Białystok.

Kiedy Bielecki wraz z reprezentacją siatkarek pojechał do Pekinu na igrzyska, spał po trzy godziny na dobę. - Miałem tyle pracy, że nawet nie widziałem Muru Chińskiego - wspomina ze śmiechem.

Wszędzie, gdzie się pojawia, wzbudza poruszenie. Podczas meczów siedzi z brzegu ławki rezerwowych, czuwając nad zdrowiem swoich podopiecznych. - Są w drużynie zawodniczki, które na stół trzeba ciągnąć niemal siłą - zdradza. - Dorota Świeniewicz pewnie by do mnie sama nie przyszła, ale w końcu po którymś z meczów sam ją zapytałem, czy nic jej nie dolega. Są zawodniczki, które przybiegają do mnie, kiedy coś je połaskocze, a są takie jak Dorota, które nad swoim ciałem mają całkowitą kontrolę. Pełen profesjonalizm.

***

Kiedy do reprezentacji siatkarzy ówczesny selekcjoner Daniel Castellani sprowadził ze swojej ojczyzny najlepszego w kraju specjalistę, ten widząc w sztabie Bieleckiego, zapytał: - Co on tu robi?

- Pracuje u nas - usłyszał w odpowiedzi.

- To po co mnie tu ciągnęliście przez pół świata, skoro ja wszystkiego uczyłem się od niego?

Następnego dnia Argentyńczyk spakował swoje rzeczy i wrócił do Ameryki.