Lotos Wybrzeże Gdańsk to zespół przyszłości

Wiadomo już, w jakim składzie przystąpi do sezonu 2012 beniaminek żużlowej ekstraligi Lotos Wybrzeże Gdańsk. Prezes Maciej Polny wykonał dobrą robotę. Sprawnie skompletował zespół, który powinien uzyskać niezły wynik i przynieść kibicom mnóstwo emocji.
Nicki Pedersen, Thomas H. Jonasson, Piotr Świderski, Tomasz Chrzanowski, Maksim Bogdanow, Krystian Pieszczek i Marcel Szymko - ci żużlowcy mają do wykonania misję, która w XXI wieku - jak do tej pory - była dla gdańskiego zespołu niewykonalna. Czyli utrzymać się w ekstralidze bez nerwowego obgryzania paznokci do końca sezonu, kiedy o być o albo nie być decyduje nie tyle ostatni mecz, co wręcz ostatni bieg. Tak było w latach 2000 (ostatnie miejsce i spadek do I ligi), 2002 (utrzymanie po barażach ze Startem Gniezno), 2003 (spadek po barażach z Unią Tarnów), 2005 (wygrany baraż o utrzymanie z Intarem Ostrów, ale brak licencji na kolejny sezon i w konsekwencji upadek klubu) oraz 2009 (ostatnie miejsce i spadek do I ligi).

Ostatni spokojny sezon (zakończony brązowym medalem) zapewnił w 1999 roku tzw. dream team z ówczesnym herosem światowych torów Tony Rickardssonem na czele. Przez kolejne 12 lat przez gdański klub przewinęły się dziesiątki lepszych i gorszych zawodników, ale dobre zespoły udawało się stworzyć od wielkiego dzwonu. A w ekstralidze nigdy. Zazwyczaj, nawet kiedy aspiracje były spore, drużyna zawodziła gdańskich kibiców.

Zespół z przyszłością

Oczywiście w sezonie 2012 nikt nie oczekuje od Lotosu Wybrzeże ataku na medalowe pozycje. Przewrócenia do góry nogami hierarchii panującej w ekstralidze od kilku sezonów, czyli rządów Falubazu Zielona Góra, Unii Leszno oraz Unibaksu Toruń, od pięciu lat niewpuszczających do finału play-off nikogo spoza swojego grona (tylko czasami łaskawie oddających skrawek podium, oczywiście tylko jego najniższy stopień). Co to, to nie. Mam jednak wrażenie, że po raz pierwszy od wielu lat udało się stworzyć w Gdańsku zespół, który daje nadzieję na przyszłość. Zespół, który apogeum swoich możliwości - przy umiejętnym eliminowaniu słabszych ogniw i mądrej polityce kadrowej - może mieć za dwa, trzy sezony.

Prezes Polny i trener Stanisław Chomski zebrali wojowników, którzy do tej pory (Świderski, Jonasson, Bogdanow) lub ostatnio (Pedersen, Chrzanowski) byli schowani w okopach, ale którzy mają ochotę stanąć na pierwszej linii frontu i udowodnić, że stać ich na ułańskie szarże i odważne rajdy za linię wroga. Swoim starszym kolegom bardzo chciałaby również pomóc dwójka szeregowców: Szymko, a szczególnie Pieszczek. Ten 16-latek ma bowiem w swoim plecaku - wiem, bo zaglądałem - buławę i jeśli tylko wytrzyma ciśnienie związane z jazdą w ekstralidze, może być jednym z odkryć sezonu. Tu bardzo liczę na trenera Chomskiego, znanego szlifierza diamentów, spod ręki którego wyszedł już niejeden brylant. Jednak największa presja ciążyć będzie rzecz jasna na starszych kolegach Pieszczka.

Liderów ma być trzech

Pedersen to żużlowy "wariat", jakiego w Gdańsku nie było już od dawna. Do życia potrzebne są mu zwycięstwa, wówczas jest dla kolegów inspiracją i zapalnikiem zdolnym porwać do walki nawet zlodowacenie plejstoceńskie. Liczę, że po trzech chudych sezonach Duńczyk wreszcie przypomni sobie najlepsze lata, zresztą podobne plany ma on sam - w ostatnich tygodniach radykalnie zmienił skład swojego teamu, a cel jest tylko jeden: powrót do światowej czołówki. Na tym gdański zespół może tylko zyskać, bo gdy Pedersen jest w swojej najwyższej formie, na torze nie ma co zbierać. Oczywiście można narzekać, że Duńczyk to trudny charakter, żużlowy egoista i samolub, który za "trójkę" na mecie jest zdolny narazić zdrowie swoje, rywali i kolegów z drużyny. Z drugiej strony jeśli regularnie będzie zdobywał kilkanaście punktów w meczu, kto będzie na to zwracał uwagę?

W roli liderów zespołu Pedersena mają wspomagać Świderski i Jonasson - dwie zupełnie inne osobowości. Ten pierwszy to oaza spokoju, zawodnik, który na pewno nie jest największym talentem w historii polskiego żużla, ale z roku na rok konsekwentnie pnie się po szczeblach drabiny z napisem "polska czołówka". On naprawdę wie do czego dąży, a przejście do Gdańska ma być dla niego kolejnym krokiem do przodu. Kto wie, może nawet wykona w Lotosie żabi skok? Na pewno ma ku temu możliwości.

Z kolei Jonasson to jeden z najbardziej ambitnych gości jakich spotkałem w ostatnim czasie. On żużlem żyje, oddycha, on się nim niemal żywi. Nie ma drugiego zawodnika, który z taką pasją opowiadałby o przed chwilą zakończonym meczu, o tym, co zrobił dobrze, a co zwyczajnie spier... Właśnie tak, bo Szwed nigdy nie przebiera w słowach, ale przekleństwa brzmią w jego ustach naturalnie i czuje się, że są uzasadnione - zupełnie odwrotnie niż w większości polskich filmów. Trener Chomski uwielbia charakternych zawodników, dlatego Jonasson jest jedynym zawodnikiem, który przedłużył kontrakt z Lotosem. I właśnie tu ma stać się zawodnikiem światowej klasy.

Druga linia, czyli fantazja i solidność

Skład uzupełniają "młody wilczek" (Bogdanow) oraz "dojrzały mężczyzna po przejściach" (Chrzanowski), który szuka swojego miejsca na ziemi, ale jakaś niewidzialna siła cały czas ciągnie go do Gdańska. Ten pierwszy jest wychowankiem znanej żużlowej akademii matadorów z łotewskiego Daugavpils. To uczelnia niezwykła. Co rusz wypuszcza w świat nowych absolwentów, a jej rozbijającym się na torach całego świata wychowankom przyświeca jeden cel: przywrócić pamięć o oldschoolowym żużlu. Żużlu, w którym najważniejsze nie były chirurgicznie przygotowany sprzęt i perfekcyjne starty, ale pełna fantazji jazda na pograniczu ryzyka, w porywach do brawury. Bogdanow kocha widowiskową i szaloną jazdę. W swoich szarżach lubi "pocałować" bandę czy wcisnąć się między dwójkę zawodników, choć wydaje się, że ci zostawili szparkę wielkości igielnego ucha. Czy na poziomie ekstraligi (do tej pory jeździł tylko na jej zapleczu) będzie to również jazda skuteczna, przekonamy się już niedługo.

No i wreszcie Chrzanowski, który ma być przede wszystkim - uwaga, wyświechtane słowo - solidny. Gdański tor zna jak własną kieszeń, wie również, czego się tu od niego oczekuje. Jego ostatnie rozstanie z klubem było burzliwe, choć w pewnym momencie zamieniło się w kolumbijską telenowelę, w której wszyscy na wszystkich krzyczą i mają wzajemne pretensje, ale nikt z obserwatorów nie wie, o co ta cała afera. Teraz obie strony zapewniają, że dawne urazy to już przeszłość i liczy się tylko to, co przed nami. Chrzanowskiego na pewno stać na to, aby być solidnym domowym "rajderem" (6-8 punktów na mecz), z wyjazdowymi przebłyskami. I takie jest jego zadanie.

Na papierze zespół prezentuje się więc... fajnie, to chyba najlepsze słowo. Czy to przełoży się na wynik? Według mnie tak i zakładany przez prezesa Polnego cel, czyli 6.-7. miejsce jest jak najbardziej do zrealizowania. A na gdańskim torze łatwo nie będą mieć nawet wspomniani hegemoni polskiej ligi.