Mistrzyni świata w skoku o tyczce Anna Rogowska: Najlepsze lata dopiero przede mną!

Anna Rogowska

Anna Rogowska (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

- Po Londynie nie zamierzam kończyć kariery, chcę startować aż do igrzysk w 2016 r. w Rio de Janeiro. Czuję, że najlepsze lata dopiero przede mną - mówi najlepsza polska tyczkarka Anna Rogowska
Tomasz Osowski: Skończyła pani 30 lat. Czy dla sportowca to pierwszy czas na podsumowania?

Anna Rogowska: Dla mnie na pewno nie, to zbyt wcześnie. Na poważnie zaczęłam trenować skok o tyczce dopiero w 1999 r., moja rówieśniczka Brazylijka Fabiana Murer [aktualna mistrzyni świata] w tym czasie była już medalistką mistrzostw Ameryki Południowej. Kiedy niedawno się o tym dowiedziałam, byłam bardzo zaskoczona i jednocześnie uświadomiłam sobie, że moja kariera w porównaniu z innymi zawodniczkami w zbliżonym wieku, jest stosunkowo krótka. Dlaczego więc ją podsumowywać, tyle jeszcze przede mną! Nie ma powodów, żeby kończyć karierę np. po igrzyskach w Londynie.

A macierzyństwo nie byłoby takim powodem?

- Oczywiście myślę o tym, jednak w tej chwili najważniejszy jest sport. Mam duży niedosyt po poprzednim sezonie, który zaczął się zimą wspaniale [Rogowska pobiła w sezonie halowym absolutny rekord Polski - 4,85 m i zdobyła złoty medal mistrzostw Europy] i świetnie rozwijał się latem. Aż do feralnego wypadku w Sopocie.

29 czerwca 2011 - tę datę zapamięta pani na długo. Podczas konkursu "Tyczka na molo" w trakcie oddawania skoku pękła tyczka i poważnie zraniła pani lewą rękę. Dla każdego tyczkarza to bardzo traumatyczne przeżycie.

- Znam tyczkarzy, którzy po takim zdarzeniu bardzo długo dochodzili do siebie, obawiali się powrotu na rozbieg. Nie mogłam sobie na to pozwolić, bo już dwa miesiące później odbywały się mistrzostwa świata w Daegu. Chociaż widząc, jak wyglądała moja ręka kilka godzin po wypadku, trudno było o optymizm [Rogowska pokazuje wykonane telefonem komórkowym zdjęcia, na których ręka, już zszyta, wygląda koszmarnie].

Gdybym to wtedy zobaczył powiedziałbym: nie ma szans, że Rogowska wystartuje w Daegu.

- To samo powiedzieli lekarze. Dlatego niewiele osób widziało te zdjęcia, zresztą trzeba przyznać, że nie są zbyt estetyczne (śmiech). Nie dopuszczałam nawet myśli, że nie zdążę, od razu włączyłam pozytywne myślenie. Musiałam tylko uzbroić się w cierpliwość, bo przy tego typu kontuzjach najlepszym lekarstwem jest czas. Prawdę mówiąc kciuk pobolewa mnie cały czas i nawet teraz nie mogę powiedzieć, że po kontuzji nie ma już śladu. Rana goiła się jednak na tyle dobrze, że po miesiącu mogłam ogłosić, że jadę do Daegu.

Dlaczego tak bardzo pani na tym zależało? Warto było ryzykować tak szybki powrót po kontuzji wiedząc, że o dobry wynik będzie ciężko?

- Wcale tak nie myślałam. Treningi pokazywały, że stać mnie na skakanie na poziomie 4,75 m, a to dałoby mi w Korei medal. Oczywiście miesięczna przerwa w treningach nie mogła pozostać bez wpływu na moją formę, ale ja naprawdę wierzyłam, że stać mnie na podium.

A nie był to jednak przede wszystkim start terapeutyczny? Po takiej kontuzji warto wrócić na rozbieg jak najszybciej, odkładanie tego momentu w czasie, może przynieść złe skutki.

- To też była bardzo ważna okoliczność, powiedziałabym kluczowa. Załóżmy, że przez tę feralną kontuzję kończę sezon i datę powrotu przekładam na luty następnego roku [wówczas rozpoczyna się sezon halowy]. Przez siedem miesięcy żyję w niepewności, jak to będzie po powrocie, czy nie będzie jakiejś obawy przed skakaniem, może nawet strachu. Cały czas moim ostatnim skokiem podczas zawodów jest ten feralny skok, kiedy pękła tyczka. Chyba bym z tą świadomością zwariowała (śmiech). Wiem, że bez startu w Daegu powrót na rozbieg byłby dla mnie straszliwie trudny, dlatego występ w Korei był dla mnie tak ważny. Rzeczywiście spisałam się tam słabo [dopiero 10. miejsce] i jest mi z tego powodu przykro, ale oprócz suchego wyniku ważne były jeszcze inne rzeczy. To, że szybko wróciłam do gry, stanęłam na starcie obok wszystkich najlepszych zawodniczek i zrobiłam wszystko, aby walczyć o medal. Nie udało się, ale dzięki temu w sezon olimpijski wejdę z podniesioną głową.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Los pani nie oszczędza. Od kilku lat praktycznie nie ma sezonu, żeby od początku do końca wszystko przebiegało tak, jakby pani sobie założyła. A to kontuzje, a to pęknięta tyczka, a to nieudana wyprawa na treningi do Rosji, a to słynne już wygnanie z Leverkusen, kiedy jedna z pani największych rywalek Silke Spiegelburg sprzeciwiła się pani treningom na obiektach w Niemczech i trzeba było stamtąd uciekać.

- Rzeczywiście trochę tych przygód było...

To może po kolei. Kontuzje, a właściwie cały czas jedna i ta sama: zapalenie kaletki maziowej ścięgna Achillesa.

- Nauczyłam się już z tym żyć i nawet gdybym nie uprawiała sportu, to od czasu do czasu ścięgno dawałoby o sobie znać. Po wielu latach startów i treningów jestem na tyle świadoma własnego ciała, że wiem, kiedy muszę trochę odpuścić, żeby nie nadwyrężyć ścięgna i wiem, co robić, żeby kontuzja nie była tak dokuczliwa. Dwa, trzy razy do roku mam w Monachium konsultację u doktora Heinza-Wilhelma Muellera-Wohlfahrta [na co dzień pracuje z piłkarzami reprezentacji Niemiec oraz Bayernu Monachium, w przeszłości jego pacjentami byli m.in. Ronaldo, Michael Owen, Steven Gerrard czy Usain Bolt], ale kontrolować muszę się na co dzień sama. Nabrałam w tym już takiej wprawy, że jestem w stanie uniknąć cięższej kontuzji, choć problem pozostanie zawsze.

A jak z perspektywy czasu wspomina pani wyjazd w 2007 r. na treningi do Wołgogradu, gdzie zaprosił panią sam Jewgienij Trofimow, odkrywca talentu i wieloletni trener Jeleny Isinbajewej?

- Kiedy masz propozycję od tak wspaniałego trenera, jak Trofimow, po prostu nie możesz odmówić. Potem do końca kariery biłabym się z myślami, że nie jadąc tam coś przegapiłam, straciłam szansę na zdobycie nowych doświadczeń. I dziś dokładnie tak do tego podchodzę. Co prawda po powrocie z Wołgogradu wpadłam w dołek, ale przyczyny tej słabszej formy były złożone. W Rosji na pewno dużo się nauczyłam, dużo na tym wyjeździe skorzystałam i do dziś z tych doświadczeń korzystam.

Z wyjazdem do Rosji wiązała się jeszcze nieprzyjemna dla tyczkarza kontuzja - zdarcie naskórka dłoni.

- Ta sprawa była wyolbrzymiona. Po prostu w tym okresie zmieniłam magnezję na klej [smaruje się nim ręce i tyczkę], a moje dłonie źle zareagowały na tę zmianę. Z powodu zdartego naskórka musiałam przerwać treningi na ok. dwa tygodnie. Nic poważnego. Teraz klej mam dobrany odpowiednio i nie ma najmniejszych kłopotów.

Nowy etap pani kariery zaczął się od nawiązania kontaktu z polskim szkoleniowcem pracującym w Niemczech Leszkiem Klimą. Dzięki niemu przez kilkanaście miesięcy trenowała pani w Leverkusen w komfortowych warunkach.

- W Leverkusen czuliśmy się naprawdę dobrze ponieważ razem z Jackiem [Torliński, trener i mąż Rogowskiej] wynajęliśmy tam mieszkanie, które urządziliśmy po swojemu. Dzięki temu po wyczerpujących treningach mieliśmy poczucie, że wracamy do siebie, to była namiastka prawdziwego domu. W Polsce trenujemy przede wszystkim w Spale, a tam mieszkamy w pokoju hotelowym. Jeździmy tam często, nawet latem, bo jak jesteśmy w Trójmieście i przez kilka dni pada deszcz, to nie ma gdzie skakać.

W Leverkusen było dobrze, ale do czasu...

- Nie wracajmy do tego. Spiegelburg postąpiła tak jak postąpiła, nie chcę tego komentować. Federacja niemiecka zabroniła mi trenować w Leverkusen, miała takie prawo. Koniec, kropka.

Mówiła pani, że nie chce kończyć kariery po igrzyskach w Londynie, zatem ile jeszcze lat startów przed panią?

- Chcę skakać do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 r.! Tak jak wspominałam moja kariera zaczęła się stosunkowo późno, więc mogę sobie pozwolić na przesunięcie granicy jej zakończenia o kilka lat. W 2014 r. halowe mistrzostwa świata odbędą się prawdopodobnie w Ergo Arenie, a ich organizatorem będzie Sopot. Nie mogę przegapić takiej okazji, organizatorzy w żartach obiecali mi już nawet, że zeskok umieszczony będzie po stronie Sopotu [Ergo Arena stoi na granicy Gdańska oraz Sopotu i teoretycznie pół hali stoi w jednym mieście, a pół w drugim]. A Rio de Janeiro to piękne miejsce na zakończenie kariery, nieprawdaż? (śmiech)

Oczywiście na olimpijskim podium.

- Dlaczego nie? Patrzę w przyszłość z ogromnym optymizmem, bo czuję w tej chwili ogromną motywację do treningów. Za mną, przynajmniej wynikowo, najlepszy sezon w karierze, pobiłam przecież rekord życiowy. Na dodatek szybko wybrnęłam z poważnych tarapatów, co jeszcze wzmocniło mnie psychicznie. Mam teraz niesamowity napęd do pracy i chcę to wykorzystać. Najlepsze lata kariery jeszcze przede mną!