Sport.pl

Anna Rogowska - największy sportowy pechowiec 2011 roku [WIDEO]

Tyczkarka SKLA Sopot Anna Rogowska ma za sobą niesamowity sezon. Zaczęła go wspaniale, pobiła własny rekord Polski, zdobyła halowe mistrzostwo Europy. Kiedy wydawało się, że jest w stanie obronić tytuł mistrzyni świata pęknięta w trakcie skoku tyczka rozorała jej dłoń. Mimo tego z optymizmem patrzy w olimpijski rok.
Pierwsze półrocze 2011 roku było dla Rogowskiej znakomite. Nie dość, że w pięknym stylu wywalczyła złoty medal halowych mistrzostw Europy w Paryżu, ale wynikiem 4,85 m pobiła również własny absolutny rekord Polski. Poprzedni (4,83 m) miał już 6 lat i zaczęła rosnąć mu mała bródka. Co ciekawe Rogowska wyrównała też... rekord rodzinny, gdyż 4,85 m to rekord życiowy jej trenera i męża Jacka Torlińskiego (szybko zakończył swoją karierę zawodniczą).

Oto rekordowy skok w Paryżu



Wszystko wskazywało więc na to, że to może być najlepszy sezon w dotychczasowej karierze Rogowskiej. Latem forma sopocianki miała jeszcze wzrosnąć, tak aby na mistrzostwach świata w Daegu powalczyć o obronę złotego medalu z 2009 roku z Berlina. Niestety wszystko prysło jak mydlana bańka podczas tradycyjnego mityngu Tyczka na molo w Sopocie. W trakcie oddawania skoku pękła bowiem tyczka i poważnie zraniła lewą rękę zawodniczki. Wypadek wyglądała dramatycznie i wydawało się, że dla Rogowskiej to koniec występów w 2011 roku.

Zobacz fatalny wypadek Rogowskiej w Sopocie



- Patrząc jak wyglądała moja ręka kilka godzin po wypadku trudno było o optymizm, ale ja nie dopuszczałam nawet myśli, że nie zdążę się wykurować do mistrzostw świata [odbywały się one na przełomie sierpnia i września] - wspomina Rogowska. - Od razu "włączyłam" pozytywne myślenie. Musiałam tylko uzbroić się w cierpliwość, bo przy tego typu kontuzjach najlepszym lekarstwem jest czas. Prawdę mówiąc kciuk pobolewa mnie do teraz i nie mogę powiedzieć, że po kontuzji nie ma śladu. Jednak rana goiła się na tyle dobrze, że po miesiącu mogłam ogłosić, że jadę do Daegu.

Rogowska wróciła na rozbieg zaledwie 6 tygodni po wypadku i od razu zdobyła mistrzostwo Polski. Jednak przerwa w treningach i wciąż boląca dłoń sprawiła, że na mistrzostwach świata w Deagu zajęła dopiero 10. miejsce z kiepskim wynikiem 4,55 m. Ale dla Rogowskiej najważniejszy był szybki powrót do rywalizacji.

- Wiem, że bez startu w Daegu powrót na rozbieg byłby dla mnie straszliwie trudny, dlatego występ w Korei był dla mnie tak ważny - podkreśla zawodniczka. - Oczywiście spisałam się tam słabo i jest mi z tego powodu przykro, ale oprócz suchego wyniku ważne były jeszcze inne rzeczy. To, że szybko wróciłam do gry, stanęłam na starcie obok wszystkich najlepszych zawodniczek i zrobiłam wszystko aby walczyć o medal. Nie udało się, ale dzięki temu w sezon olimpijski wejdę z podniesiona głową.

Dobre wiadomości przyszły też pod koniec roku, kiedy okazało się, że Sopot będzie organizatorem halowych mistrzostw świata w 2014 roku. Rogowska nie posiadała się z radości.

- Nie mogę przegapić takiej okazji, organizatorzy w żartach obiecali mi już nawet, że zeskok umieszczony będzie po stronie Sopotu [Ergo Arena stoi na granicy Gdańska oraz Sopotu i teoretycznie pół hali stoi w jednym mieście, a pół w drugim]. A karierę chcę zakończyć na igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku [Rogowska będzie wówczas miała 35 lat], najlepiej medalem - podsumowała zawodniczka.

Więcej o: