Najlepsza polska florecistka Sylwia Gruchała: Nadszedł czas na rodzinę

Była nadzieją na medal podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Zawiodła tak kibiców, jak i siebie. Okazuje się jednak, że 2012 rok nie był stracony dla najlepszej polskiej florecistki Sylwii Gruchały: - Czas zrealizować się prywatnie i zbudować rodzinę - mówi.
Marcin Dajos: Udało się już dojść do siebie po olimpiadzie?

Sylwia Gruchała: Odchorowałam igrzyska bardzo mocno. Przez dwa miesiące ciężko było się podnieść po porażce. Jechałam do Londynu po medal. Nie mówiłam o tym głośno, ale w głębi serca bardzo chciałam to osiągnąć. Medalem z Londynu miałam zakończyć karierę sportową. Moim marzeniem było, aby właśnie w taki sposób postawić kropkę nad i. Cztery lata wcześniej w Pekinie także nie udało się stanąć na podium. Niecałe dwa miesiące przed igrzyskami w Londynie zwyciężyłam w Pucharze Świata, co dało mi wiarę. Skoro wygrywasz w imprezie, w której startują najlepsi na świecie, to możesz myśleć, że jednak jeszcze dajesz radę.

Po Londynie pojawiła się depresja, a w tej chwili odpoczywam. Nabrałam już do tego dystansu. Widocznie nie było mi pisane, żeby zakończyć swoją karierę jak Adam Małysz czy Leszek Blanik, zdobywając na koniec kariery medal.

Czyli to już koniec pani przygody z szermierką?

- Chcę jeszcze spróbować i dać sobie szanse, ale nie wiem, czy już teraz. Pojawia się też myśl, aby odpuścić, postawić na rodzinę i tuż przed igrzyskami w Rio de Janeiro ponownie zacząć trenować. Dzisiaj perspektywa kolejnych igrzysk jest zbyt odległa. Mam 31 lat, 20 lat jestem w sporcie. A przecież są też inne marzenia.

Mamy więc podobną sytuację do tej po igrzyskach w Pekinie, kiedy też zastanawiała się pani nad zakończeniem kariery.

- Wtedy nie planowałam tak długiej przerwy jak teraz. Kiedy sportowiec nie osiąga celu, a wykonywany zawód nie sprawia satysfakcji, to pojawia się myśl, że może czas zejść ze sceny. Gdy jednak już zdystansujemy się do całej sytuacji i spojrzymy na nią z innej perspektywy, to nagle znajdujemy w sobie siłę, żeby walczyć dalej. Budzi się we mnie myśl, że szermierka jest najważniejsza i to jest to, co powinnam robić. Tym bardziej że mam zdrowie, szybkość i w dalszym ciągu potrafię funkcjonować w sporcie na wysokim poziomie. Dlatego barbarzyństwem byłoby zakończyć w taki sposób. Ale dla mnie najważniejsze są igrzyska. Nie mistrzostwa świata czy Europy, które w szermierce odbywają się co roku.

A nie czuje się pani sportowcem spełnionym, który tak naprawdę nie będzie miał po co wracać do szermierki?

- Czuję się w dużej mierze spełniona. Myślę, że zrobiłam wiele dla szermierki. Zwłaszcza przy tym, jak mało profesjonalnie podchodzi się w polskim sporcie do treningu. Gdybym miała jeszcze lepsze warunki, to mogłabym bardziej rozwinąć skrzydła. Mam tutaj na myśli np. to, że spotkałam się w tym roku z sytuacją, która nie pozwoliła mi pójść w odpowiednim kierunku. W niej także doszukuje się usprawiedliwienia kiepskiego startu na igrzyskach.

W 2010 roku wspólnie z dziewczynami zdobyłyśmy w drużynie srebrny medal mistrzostw świata. Dzięki temu weszłyśmy do Klubu Polska Londyn 2012. Dawał on nam możliwość dostania od państwa 500 tys. zł na osobę na przygotowania do igrzysk. Na początku roku wybrałam się na spotkanie do Ministerstwa Sportu. Rozmawiałam z wiceministrem o indywidualnej ścieżce przygotowań do igrzysk. Chciałam wykorzystać możliwości i stworzyć zespół, w skład którego wchodziliby: rehabilitant, trener, fizjolog, psycholog i trener od przygotowania ogólnorozwojowego. Wiceminister sportu zgodził się na to. Natomiast przeciwny był Polski Związek Szermierczy.

Podali powód?

- Stwierdzili, że jest to dyscyplina, w której bardzo ważny jest sparingpartner, więc nie mogę przygotowywać się indywidualnie. Pomimo iż zdobywałam podwójne mistrzostwo świata, wicemistrzostwo świata, jestem dwukrotną medalistką olimpijską i miałam szansę, aby ten worek z sukcesami jeszcze wypełnić. Wiem, że moja forma od paru lat jest nierówna, ale wyniki świadczą o tym, że jeszcze potrafię dobrze walczyć. To jednak nie przekonało prezesa związku szermierczego. Doszło nawet do tego, że na igrzyska nie pozwolono mi zabrać swojego trenera. Gdybym dostała indywidualny program przygotowań i mogłabym w pełni skorzystać z wywalczonej przez siebie puli pieniędzy, to trener mógłby jeździć ze mną na wszystkie Puchary Świata, na mistrzostwa Europy oraz na igrzyska i lepiej mnie przygotować. Widziałby dokładnie, jakie błędy popełniam podczas startów, i dawał odpowiednie wskazówki. A tak podczas zawodów pracowaliśmy tylko kilkukrotnie, i to na koszt mojego sponsora, firmy Red Bull. Trener Piotr Majewski także dzięki niemu pojechał na igrzyska, ale siedział na trybunach. Nie był przy mnie. Podczas walki szermierczej można się konsultować z trenerem, który pomaga pod względem taktycznym czy psychologicznym. Szczególnie na tak stresującej imprezie, jaką są igrzyska, daje to bardzo dużo. A mi brakowało wsparcia.

Jak osoba z taką pozycją w polskim sporcie nie może sobie zagwarantować tego, co jest jej potrzebne, aby osiągnąć sukces?

- Co mogłam więcej zrobić? Wybrałam się do Ministerstwa Sportu, wyżej już się nie da.

A przygotowania na własny koszt, tak jak zrobił to Adrian Zieliński?

- Jestem zależna od związku. Przynależę do grupy. Muszę dostać powołanie, by walczyć. Sama nie mogę zgłosić się na zawody. Nie jest tak, że jestem najlepsza w Polsce i należy mi się miejsce w kadrze. Polski Związek Szermierczy może, ale nie musi uwzględnić mnie w swoich planach olimpijskich. Trener kadry czy związek sportowy mogą sobie robić to, co chcą. Adrian musiał się nieźle wykłócić ze swoim związkiem, który nawet rozważał, by go zdyskwalifikować. Ja potrzebowałam spokoju wewnętrznego, bo wiele lat wojowałam z władzami czy trenerem i stwierdziłam, że jest to walka z wiatrakami. Nawet nie pomogła najwyższa instancja w polskim sporcie. Oczywiście nie staram się tym wytłumaczyć swojej porażki, ale chcę pokazać, że nie miałam wszystkiego, aby wygrać na olimpiadzie.

W roku igrzysk olimpijskich, porównując z wcześniejszymi latami mojej kariery, było najgorzej pod względem sprzętu czy odżywek.

A po co był wyjazd z Gdańska do Warszawy?

- Stwierdziłam, że już się w Gdańsku nie rozwinę. Ostatnie trzy lata pracy w Trójmieście to była katorga. Wielokrotnie chciałam zrezygnować ze swojej pasji. Ludzie, z którymi współpracowałam, zamiast mi pomagać, tylko przeszkadzali. Nie rozumiem tego, dlaczego mając wspólny cel, ktoś próbuje kopać pod tobą dołki. Dobry trener to ten, który nie przeszkadza.

Przecież przez wiele lat była pani twarzą tak gdańskiego klubu, jak i polskiej szermierki. Razem promowaliście sport, a tu nagle taka zmiana?

- Kiedyś rzeczywiście była dobra atmosfera. Zmieniło się to po Pekinie, kiedy fechmistrz Tadeusz Pagiński, czyli trener dowodzący, przestał pełnić swoją funkcję, odszedł również z kadry. Zastąpił go fechmistrz Longin Szmit. Z gdańskiego klubu zaczęły odchodzić czołowe zawodniczki kadry, czyli Małgosia Wojtkowiak, która przeszła do Poznania i dzięki temu była w tym roku trzecia podczas Pucharu Świata i zakwalifikowała się do olimpiady. Odeszły również Katarzyna Kryczało i Magda Mroczkiewicz do Warszawy, a ja podążyłam za nimi. Ostatnio Karolina Chlewińska, rezerwowa na igrzyskach, również zmieniła trenera. Została co prawda w Gdańsku, ale prowadzi ją Adam Kaszubowski. To o czymś świadczy. Sukces związany jest z dobrą atmosferą. Niestety, w szermierce jest za dużo polityki.

W gdańskim klubie nie chcieli rozwiązać całej sytuacji i zostawić was u siebie?

- Niestety, nie. Przenosząc się do Warszawy, chciałam zostać w gdańskim klubie i dla niego walczyć na świecie. W Warszawie się na to zgodzili. U nich miałam jedynie trenować. Regulamin gdańskiego klubu wymagał jednak zmian barw. Ciężko było zostawiać Trójmiasto. Czułam się przywiercona do gdańskiego klubu. Uważałam, że muszę tu zakończyć karierę.

Jeśli wznowi pani karierę, to w Gdańsku czy w Warszawie?

- Zależy z kim. Przed podjęciem decyzji o zmianie klubu chciałam wrócić do fechmistrza Pagińskiego. Po igrzyskach w Pekinie nasze drogi musiały się rozejść. Mało czego w życiu żałuję, a to jest jedna z takich rzeczy. Mogłam wtedy przeczekać i nie podejmować pewnych decyzji. Wówczas wydawało się, że nie ma możliwości dalszej współpracy. Dzisiaj uważam to za błąd. Od kiedy się z nim rozstałam, zaczęły się problemy. Fechmistrz nauczył mnie fechtunku, ale ja bez niego nie jestem już tą dobrą florecistką.

Jeśli w Gdańsku dostałaby pani szansę ponownej współpracy z Pagińskim, to powrót byłby realny?

- Chciałam z nim ponownie współpracować. Władze gdańskiego klubu nie zgodziły się na to. To było w zeszłym roku. Nawet ze strony fechmistrza była zgoda, ale jego pracodawca, czyli klub, takowej nie wyraził. Gdybym mogła z nim pracować, to mogłabym wrócić. Mam jednak wrażenie, że sukcesów, które były kiedyś, już nie będzie. Wtedy udało się zbudować doskonałą drużynę. Przez 10 lat byłyśmy najlepszą ekipą na świecie, zdobywałyśmy co roku medale mistrzostw świata i Europy. Naturalną rzeczą jest, że kiedy jesteś najedzony, to już się nie chce jeść. W spełnieniu przeszkodziły nam nieco igrzyska w Atenach, gdzie nie było turnieju drużynowego i to też nieco zaważyło, że zespół się rozpadł.

Przecież macie możliwość startów indywidualnych, które pod względem technicznym nie różnią się od zmagań drużynowych.

- Szermierka jest sportem typowo indywidualnym, ale nasza moc tkwiła właśnie w drużynie. Także dzięki fechmistrzowi Pagińskiemu potrafiłyśmy stworzyć chemię. On to zbudował, nauczył ze sobą rywalizować i współpracować, a to pomagało się rozwijać. Poza tym w turniejach drużynowych jest się łatwiej przebić.

Istnieje lek na uzdrowienie polskiej szermierki?

- Weźmy przykład z Włoch. Tam najważniejszy jest trener klubowy. U nas guru to trener kadry. On decyduje o wszystkim, a nie ma kontaktu z zawodnikiem na co dzień. Nie wie, czego mu potrzeba. Do tego zarabia dużo więcej niż trener klubowy. Dlatego też wielu ludzi, którzy znają się na szermierce, nie garnie się do tego, aby kształcić nowe pokolenia na szczeblu klubowym. Taki trener zarabia ok. 2 tys. zł. A trener kadry niekiedy nawet pięć razy więcej. A jaki on ma wpływ na zawodników czy zawodniczki pracujące w klubie? Spotykamy się tylko na obozach kadry i na zawodach. Wcześniej byłyśmy w jednym klubie z trenerem kadry i wszystko funkcjonowało super. Taki system przyjęły ostatnio Koreanki i zrobiły ogromny postęp. W szermierce chodzi o to, aby być najlepszym na świecie. My jako klub nie chcemy rywalizować o miano najlepszego na własnym podwórku, tak jak jest to np. w piłce nożnej.

Impreza w Londynie to w historii polskiej szermierki drugie tak kiepskie igrzyska. Pierwszy raz zdarzyło się tak w 1976 roku w Montrealu. Wtedy polscy szermierze również nie zdobyli medalu. Ogólnie wywalczyliśmy 22 krążki olimpijskie. W Pekinie mieliśmy reprezentację liczącą 16 osób, w Londynie tylko osiem. Zmienił się jednak prezes związku. W tym miesiącu pana Jacka Bierkowskiego zastąpił Adam Konopka. Jest więc szansa na zmiany.

Czy szermierka nie przeżyła jednak swojego apogeum, a sukces ją przerósł? Pani była wszędzie, w programach telewizyjnych, w których pojawia się pani do dzisiaj, sesjach zdjęciowych, teledyskach. To dało szermierce okno na świat, ale czy czasem nie przeszkodziło w karierze?

- Gdybym miała możliwość, to skupiłabym się jedynie na sporcie. Wcale nie chciałam zostawać celebrytką. Żeby realizować się w sporcie, potrzebuję sponsorów. Pomimo iż mam wsparcie z wojska czy od państwa, to aby zainwestować w siebie, muszę zarabiać kolejne pieniądze. Potrzebne są fundusze na sprzęt, odżywki, odnowę biologiczną, psychologa. Muszę płacić za to sama, bo panuje u nas zasada: każdy sobie rzepkę skrobie. Wcale nie jest mi na rękę wygłupianie się. Gdybym miała możliwość i zadowalające zaplecze sportowe, to bym się nie wygłupiała. Bo wiem, gdzie jest moje miejsce. Przeżyłam dzięki tym programom czy sesjom fajne chwile, poznałam inne środowisko, inny świat, natomiast nie do końca mi to odpowiada. Sportowiec powinien skupić się na sporcie. Ale to, co zrobiłam poza nim, pozwoliło mi trenować. Podpisując kontrakt z firmami jak Red Bull, Almar czy Precor, miałam motywację do dalszej walki. Różne występy były dodatkowym zastrzykiem adrenaliny, ale nie przesłoniły mi właściwej drogi.

A wyjazd do Warszawy nie służył temu, aby być bliżej świata celebrytów?

- Czy ja chciałam być bliżej tego świata? Nie. Ponieważ cały rok przygotowywałam się do igrzysk. Nauczyłam się być asertywną i odrzucałam wiele propozycji występów niezwiązanych ze sportem. Wiedziałam, co jest ważne. Nie chciałam rozpraszać energii, która w całości szła w sport.

Po igrzyskach w Londynie wróciła pani jednak do Trójmiasta...

- Teraz jestem trochę tu, trochę tam. I mentalnie, i fizycznie. W Gdańsku mam rodzinę, przyjaciół, w Warszawie pracę i myślę, że będzie to moje docelowe miejsce. Chcę tam zbudować rodzinę, która jest moim największym marzeniem. Następne igrzyska są zbyt daleko, dlatego przyszedł czas na coś innego. Taka jest moja wewnętrzna potrzeba. Czas zrealizować siebie prywatnie. Podsumowując ten rok, muszę przyznać, że był on dla mnie bardzo zaskakujący pod każdym względem. Rozwaliłam się na igrzyskach, to było bardzo bolesne. Potem dochodziłam do siebie w Gdańsku. Dlaczego tu? Bo tu jest mój dom, a do Warszawy pojechałam głównie do pracy. Wracając do igrzysk, rozczarowałam się wynikiem i tym, że moja praca nie zaowocowała. Nie było łatwo pogodzić się z porażką. A z drugiej strony 2012 był dla mnie zaskakujący prywatnie, bo poznałam fantastyczną osobę i to też mnie zaskoczyło. Nie byłam na to gotowa, a przecież najfajniejsze rzeczy przychodzą do nas, gdy się ich nie spodziewamy. Dlatego mogę dzisiaj powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

Czyli święta spędza pani w dobrym humorze?

- 23 grudnia to dzień mojej przeprowadzki do Warszawy. Ostatnio dom miałam tylko w głowie. Nie było go fizycznie. Teraz wreszcie się pojawi i będzie w Warszawie. Oczywiście w Trójmieście będę bywać często, bo tu jest moja siostra i jej dzieci, z którymi jestem bardzo związana. Tu są moje korzenie. Swój dom będę budować jednak w Warszawie. Zaczynam od świąt, które spędzam z rodziną przyjaciela.

Więcej o: