Sport.pl

Daria Pogorzolec już myśli o igrzyskach w Rio de Janeiro. "Koniec z dziecinadą"

W roku 2012 kariera sportowa Darii Pogorzelec nabrała niezwykłego tempa. Z mało komu znanej judoczki dzięki siódmemu miejscu na igrzyskach olimpijskich w Londynie, stała się postacią rozpoznawalną w polskim sporcie i jedną z największych nadziei biało-czerwonych na medal w Rio de Janeiro. W rozmowie z Trojmiasto.sport.pl gdańska zawodniczka opowiada o prawdziwym rollercoasterze, jakim był dla niej 2012 rok i o tym, że życie olimpijczyka nie jest usłane różami
Rok 2012 to dla pani prawdziwa jazda kolejką górską. Najpierw walka z kontuzją i czasem o kwalifikację do Londynu, później dramatyczny start w igrzyskach, a na końcu operacja kontuzjowanego kolana i długie miesiące rehabilitacji.

- Gdyby nie moja uparta wiara w to, że muszę pojechać do Londynu choćby nie wiem co, to na pewno nie byłoby mnie na igrzyskach. W styczniu, kiedy jest aż gęsto od zawodów i kiedy można zdobywać punkty do rankingu, na podstawie którego rozdzielane są potem kwalifikacje, moje kontuzjowane kolano wyłączyło mnie w ogóle z gry. Ale w głowie cały czas tkwiła ta myśl, że ja na igrzyska jadę, że mam tę kwalifikację w kieszeni. Dlatego cały czas przygotowywałam się na to, że będę w Londynie, choć po zaleczeniu kontuzji przegrywałam co się da i niemal wszyscy stracili we mnie wiarę. Więc kiedy w maju okazało się, że jadę jako ostatnia zawodniczka z puli europejskiej, to było dla mnie zupełnie naturalne. Stwierdziłam po prostu: "Aha, fajnie. Udało się". Kolejny cel na mojej życiowej liście zrealizowany. Następny to odbudowanie się po kontuzji kolana, bo przecież w Londynie walczyłam jeszcze nie w pełni zdrowa i powrót w marcu do treningów.

Co bardziej boli? Kontuzja, czy porażka w igrzyskach? Bo medal był w zasięgu ręki, a skończyło się tam "tylko" na siódmym miejscu?

- Londynu nie traktuję jako porażki. Siódme miejsce to ani sukces, bo mogło być lepiej, ani też kompromitacja. Czasem jeszcze przyśni mi się ta walka z Abigel Joo, ale teraz już nie zmienię jej przebiegu. I wiem, że kibice będą pamiętać to, że zabrakło mi 27 sekund do tego, by wygrać i potem walczyć o brązowy medal. I to, że potem głupio tłumaczyłam się z przegranej, bo zrobiło mi się żal kontuzjowanej rywalki. I jak potem czytałam zgryźliwe komentarze w internecie. Ale to mnie nie podłamuje. Nawet jak mnie rzucą na plecy na matę, to nie płaczę, tylko skupiam się na tym, ile jeszcze muszę włożyć pracy w to, bym to ja mogła moją rywalkę pokonać w następnym starciu.

Prawdziwie demotywują kontuzje. Czuję się wtedy, jakby mnie ktoś okradał. Wtedy zdarza się ryczeć w poduszkę. Jak zerwałam więzadła w kolanie to wylałam tyle samo łez z bólu co z bezsilności i bezradności. Jak się jest niedotrenowanym to można to nadrobić, zarzucić więcej na sztangę, przebiec dwa kilometry więcej... A teraz muszę po prostu czekać. I ta bezczynność jest dobijająca. Pojawiają się myśli, żeby to wszystko rzucić...

Aż tak źle?

- Coś takiego przemknęło przez głowę. Ale staram się panować nad negatywnymi emocjami. Bo przecież nie rzucę tego, co kocham i poświęciłam temu tyle lat. Zresztą już raz przeszłam przez to piekło kontuzji, kiedy przez złamaną rękę straciłam mnóstwo czasu. Ale potem przyszedł mój najlepszy sezon w karierze, kiedy wygrałam w Pucharze Świata, a w innych zawodach stawałam na podium. Mam nadzieję, że po rehabilitacji jeszcze raz zepnę się na maksa i wrócę z pełną parą.

Wie pani, że tego pytania nie da się uniknąć...

- Wiem, wiem. Co stało się w tej walce z Joo... Ciągle zadaje mi się to pytanie, a ja cały czas nie potrafię na nie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że główna przyczyna to dekoncentracja. W judo jest tak, że wystarczy sekunda, by przegrać wygraną walkę i to się zdarza naprawdę bardzo często, a ja nie jestem tu odosobnionym przypadkiem. Nagle przychodzi ta feralna sekunda, jeden "strzał" i już cię nie ma. Gdybym była skoncentrowana i nie dopuszczała do siebie takich głupot jak ta, że za chwilę mogę walczyć o medal olimpijski to nie popełniłabym tego błędu.

Rywalka wybiła panią z rytmu tą hecą ze swoją kontuzją?

- Trochę tak, bo nie było do końca wiadomo, czy ta walka w ogóle się odbędzie. Joo kulała, w ogóle się rozgrzewała. Kompletnie nie spodziewałam się takiej sytuacji. Kiedyś było odwrotnie, że to ja z nią walczyłam z kontuzją. I ona mnie ciągle łapała za rękę, która była złamana, o czym wtedy nie wiedziałam. No i tak jak mówiłam, jakoś ta babska natura się we mnie odezwała, że na chwilę zrobiło mi się jej żal. I to wystarczyło. Jak mówiłam, jeden "strzał" i było po mnie. Teraz bym to rozegrała inaczej. Co z tego, że ma kontuzję, skoro wychodzi do walki to nie mam się z nią cackać, tylko bić normalnie. Ale wiadomo. Mądry Polak po szkodzie.

Oberwało się pani po tej walce. Że dziecinne tłumaczenia, że tyle pieniędzy podatników na przygotowania zmarnowanych...

- Staram się nie czytać tego co o mnie wypisują. Ale jednak dotarło, że w internecie się po mnie "przejechali". To przykre, że ludzie myślą, że zakwalifikowaliśmy się do igrzysk za państwowe pieniądze, przygotowywaliśmy się w luksusach, mamy stypendia i jedziemy z uśmiechem na ustach na wakacje. A tak nie jest. Spora część opinii publicznej nie zdaje sobie sprawy, jak wyglądają takie przygotowania, ile to jest wyrzeczeń. Dopiero nieco dzięki tej kontuzji, mogę odbudować swoje życie prywatne. Uczelnia też zawalona, skoro w roku olimpijskim nie mogłam być na żadnych zajęciach. A studiuję na Politechnice Gdańskiej. Sypią się kontakty z rodziną. Np. mam roczną siostrzyczkę, która w ogóle mnie nie poznaje. Może to są drobiazgi, ale gdy je złożyć w całość, to robi się z tego poważny ciężar.

Jeśli chodzi o przygotowania to nie mam sobie nic do zarzucenia. Pogodziłam rehabilitację z ciężkimi treningami, więc można powiedzieć, że dokonałam niemożliwego i na igrzyskach osiągnęłam w tym roku swój najlepszy wynik. Nie chcę się usprawiedliwiać, bo mogło być lepiej, ale trudno, było minęło. Można powiedzieć, że to żadna sztuka pojechać na igrzyska i bić się. Ale ta otoczka i presja mimochodem dają o sobie znać, czy się tego chce czy nie. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Presja i stres? Przecież do każdej walki wychodziła pani z uśmiechem na ustach.

- Po prostu cieszyłam się, że mogę się bić. Nie mogłam się powstrzymać. To mi dawało taką radość i energię. Nie mogłam nad tym zapanować.

To właściwie jak to było w Londynie? To wielka przygoda, czy zawody jak każde inne?

- To fantastyczne przeżycie, które pozostanie we mnie na zawsze. Cieszyłam się bardzo, kiedy w wiosce spotykałam Tomasza Majewskiego, czy Adriana Zielińskiego, którzy mówili, że kibicowali mi podczas moich walk i pocieszali po porażce z Joo. Dla mnie to było szokujące, bo to są gwiazdy, które znałam z telewizji, a teraz mogę z nimi rozmawiać jak olimpijczyk z olimpijczykiem. Może i byłam dla nich anonimową, ale nie dali mi odczuć, że oni są mistrzami, a ja gdzieś z końca stawki. Byłam raz u naszych siatkarzy po autografy dla znajomych. Akurat oglądali jakiś mecz, więc nie chciałam im zbytnio przeszkadzać. Bo jak ja oglądam walki to też nie lubię, jak ktoś mi zawraca głowę. Byli bardzo wyluzowani. Można im zazdrościć, że są tak ze sobą zżyci i widać, że są jedną "paczką". Podziwiam, że trenerowi udało się ich tak wszystkich zgrać.

W wiosce olimpijskiej toczyło się normalne życie. Jedni ciągle siedzieli w internecie i czytali o wszystkim, co się dzieje na igrzyskach, drudzy totalnie się odcinali i wyłączali i żyli gdzieś z głową w chmurach. Ja byłam cały czas na gorącej linii ze znajomymi i z rodziną, ciągle siedziałam na skypie. Bardzo ucieszyłam się, gdy do Londynu przyjechał do mnie mój trener klubowy Tomasz Lisicki z Wybrzeża Gdańska, który jest dla mnie bardzo ważną osobą. Praktycznie członkiem rodziny, bo współpracujemy ze sobą już 10 lat. Miałam okazję się z nim spotkać i porozmawiać. Przyjechał do mnie także mój chłopak, więc byłam otoczona bliskimi osobami, rodziną i przyjaciółmi, chociaż nie mam ich zbyt wielu. Ciągle ze mną byli i dzięki temu udało mi się nieco zdusić ten stres.

A te opowieści o dzikich imprezach po zachodzie słońca? O morzu alkoholu i tysiącach prezerwatyw?

- Jeśli tam była impreza, to na nią mnie nikt nie zaprosił (śmiech). Myślę, że w tym wszystkim jest więcej plotek i domysłów niż prawdy. A jeśli nawet zdarzyła się jakaś impreza, to ja tego nie potępiam. Skoro sportowiec przygotowuje się tyle czasu, żyje w stresie i presji i poświęca się bez reszty, to jak już igrzyska minęły i udało się osiągnąć korzystny wynik, czy to medal, czy dobre miejsce lub pobicie rekordu życiowego, to można to jakoś uczcić. Więc nie dziwię się, że w plotkach o tym szaleństwie może być ziarno prawdy. I wcale nie uważam, że to coś nienormalnego. W końcu sportowcy to też ludzie.

A pani? Zdarzyło się kiedyś walczyć na kacu?

- Alkohol jest dla ludzi, także dla sportowców, ale nie w czasie przygotowań do tak ważnej imprezy, jaką są igrzyska. Jeśli wiadomo, że jutro jest ciężki dzień, to bez sensu jest robić imprezę, żeby nazajutrz mdleć, wymiotować i zaprzepaścić trening. A jeśli kolejny dzień ma być dniem odpoczynku to jest to tak samo bez sensu, bo trzeba odpoczywać i się regenerować. Nie wyobrażam sobie, by spędzić ten dzień na kacu, kiedy powinnam czuć się dobrze i zbierać siły na czekający mnie "hardkor". Naprawdę ciężko się trenuje, będąc "wczorajszym" (śmiech).

A inne uciechy? W końcu w sporcie jakim jest judo, gdzie są kategorie wagowe trzeba pilnować każdego kilograma. Chwila słabości z czekoladą chyba nie może się zdarzyć?

- Na pewno nie można się opychać. Ale ja mam to szczęście że moja normalna waga to 80 kg. Walczę w kategorii do 78 i wystarczy, że wieczorem nie zjem kolacji i trochę się poruszam to rano mam wagę. To nie jest dla mnie kłopot. Teraz się martwię, bo przy rehabilitacji nie będę mogła dużo się ruszać. Kiedyś nie było dla mnie problemem obudzić się o 3 w nocy i zjeść milkę z orzechami. Teraz będę musiała się pilnować, żeby nie przytyć. Bo nie chcę wrócić w kategorii wagowej +78. Postaram się ze wszystkich sił, żeby oprzeć się tej pokusie.

Był alkohol, były słodycze, to musi pojawić się temat pieniędzy. Z judo da się wyżyć?

- Da się. Jeśli jest się na poziomie, na którym ja teraz jestem, to można, choć nie są to jakieś wielkie kwoty. Za siódme miejsce na igrzyskach dostaję 3000 zł stypendium miesięcznie. Przed igrzyskami miałam krucho z kasą i miałam szczęście, że mieszkam jeszcze z rodzicami. Jeśli w Londynie bym nie zrobiła wyniku, to wszystkie stypendia by się skończyły, zarówno te z miasta, jak i Polskiego Związku Judo. Robisz wynik - masz stypendium, nie robisz - nie masz. Sam fakt bycia w kadrze olimpijskiej nie oznaczał, że dostawało się pieniądze na przygotowania. Dopiero po wyniku otrzymuje się stypendium przez np. rok. Ale przez ten czas trzeba ciągle potwierdzać formę i startować i wtedy są pieniądze.

Rok 2012 za panią. Co w przyszłym?

- W marcu chcę powoli wracać do treningów. na razie nie będę startować w żadnych zawodach. Chcę się wyleczyć, potem odbudować i wzmocnić, żebym wytrzymała 10 lat treningów bez kontuzji. A myślami jestem już w Rio. Będę cztery lata starsza, bogatsza od doświadczenia z Londynu, po drodze czekają mnie przecież imprezy międzynarodowe i mam nadzieję, że będę kompletnym zawodnikiem, sportowcem pełną gębą. I koniec z tą dziecinadą.

Więcej o: