Joanna Mitrosz: Schabowy? Owszem, ale bez panierki

- Miałam skurcze, bóle w nogach i kręgosłupie. Cierpiały kostki, kolana i biodra. Czasami miałam takie zakwasy, że dosłownie nie mogłam się podnieść z łóżka - opowiada gdynianka Joanna Mitrosz, która w wieku 24 lat skończyła karierę gimnastyczki.
Grzegorz Kubicki: Ledwie 24 lata i już koniec kariery?

Joanna Mitrosz: To smutne. Zwłaszcza że gimnastyka to ogromna część mojego życia. Ale nie podeszłam do tego jak do końca świata, nie popadłam w depresję.

Jak to jest z tym wiekiem gimnastyczek - rzeczywiście trzeba kończyć tak szybko?

- To zależy. Na ostatnich igrzyskach w Londynie startowały ze mną zawodniczki, które miały po 26 czy 27 lat i wyglądały całkiem nieźle. Cztery lata wcześniej, w Pekinie, była nawet 28-latka z Hiszpanii. I dotarła aż do finału.

To może mogła pani poczekać do igrzysk w Rio w 2016 r.?

- Nie dałabym rady. Fizycznie. Na ciele wychodziły już te przeciążenia.

Nie widać.

- A, dziękuję. Dobrze to zasłaniam.

ZOBACZ PIĘKNĄ GIMNASTYCZKĘ Z GDYNI NA ZDJĘCIACH

A jakie to przeciążenia?

- Skurcze, bóle w nogach czy kręgosłupie. Gimnastyczki ciągle muszę chodzić na palcach, ćwiczyć wspięcia, równowagę. Od tego bolą kostki, kolana i biodra. A kręgosłup boli od wygięć. Problemów nie mamy właściwie tylko z rękami. Na szczęście nigdy nie miałam poważnej kontuzji, która wykluczyłaby mnie ze startów np. na pół roku, a i takie urazy się zdarzają. Choć ja też swoje wycierpiałam.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić dwudziestokilkuletnią dziewczynę, która wstaje rano z łóżka i mówi: "O Jezu, ale mnie wszystko łamie...".

- Ale tak jest. A jak na obozach przychodzą rozciągania i intensywne treningi, to mówiąc szczerze - jesteśmy jak takie zgony, wszystkie dziewczyny. Są takie zakwasy i bóle, że dosłownie nie możemy się podnieść z łóżka. Trudno wtedy znaleźć pozytywne strony gimnastyki.

A za panią 18 lat takich treningów...

- I to prawie dzień w dzień.

Jak wygląda dzień gimnastyczki np. przed startem w igrzyskach?

- Wstawałam przed ósmą. O 9 zaczynał się trening - 1,5 godziny zajęć baletowych. To taka rozgrzewka. Zajęcia odbywają się przy muzyce klasycznej, ćwiczymy wtedy przy drążku. Później schodzimy do sali i dalszy ciąg rozgrzewki - rozciągania, trochę akrobatyki, skoków, zajęcia bez przyborów. Po czym bierzemy przybór, po dwa na trening, i z nim ćwiczmy. Całe zajęcia to ok. czterech godzin. Później obiad, godzina przerwy i powrót do sali. Drugi trening kończył się o 18, następnie masaż i odnowa. W domu byłam ok. 19, a godzinę później leżałam już w łóżku. Nic mi się nie chciało.

I tak cały tydzień?

- W niedzielę, jeśli miałam zawody, też trenowałam. A jeśli nie, to zdarzało się, że mogłam odsapnąć i złapać siły na kolejny tydzień.

Współczuję.

- Nie było tak źle. Ale to, co chciałam, już osiągnęłam i ciężko byłoby mi przebić się wyżej. Zrozumiałam, że nadszedł czas poświęcić się prywatnej części życia, nadeszła chwila, kiedy to nie gimnastyka będzie na pierwszym miejscu. Jeszcze przed Pekinem moje życie wywróciło się do góry nogami. W sumie nie tylko moje, ale i całej rodziny. Pamiętajmy też, że ten sport nie jest do końca opłacalny. Człowiek haruje jak wół, zabija się, a swoje pięć minut ma tylko na igrzyskach i może ze cztery miesiące po nich. Potem ludzie zapominają, człowiek zostaje sam, w sali, z tym swoim bólem. Ludzie nie do końca to rozumieją. Mówią, że jestem młoda, mogę ćwiczyć dalej. Ale kiedy emocje opadną, tych ludzi już nie ma, a ja muszę się dalej katować.

Z życiem poza gimnastyką nie było chyba najgorzej. W poprzednim roku wzięła pani ślub.

- Życie prywatne było ograniczone, ale nie umarło - męża udało się znaleźć. Wielkie podziękowania dla niego oraz całej rodziny, w której wszystko było podporządkowane gimnastyce. Moi bracia, tata - ile to oni razy przyjeżdżali na lotnisko... Co tydzień, co dwa, o każdej porze dnia i nocy. A mama latała ze mną na wszystkie treningi, gdy byłam mała. Ze względu na moje starty przekładano nawet ważne imprezy rodzinne. Gimnastyka może się znudzić dziecku już po pół roku. Ale kiedy ono widzi, że w treningi angażuje się cała rodzina, to strasznie to pomaga.

A jakie jeszcze wyrzeczenia mają gimnastyczki - np. ostra dieta przed zawodami?

- Przed zawodami raczej nie. Najgorszy jest okres dojrzewania, kiedy można przybrać najwięcej na wadze. A przecież za wygląd też jesteśmy oceniane. Nasze kostiumy są mocno opięte i wycięte, więc nie da się ukryć nadwagi. Dlatego trenerki mocno cisną gimnastyczki w okresie dojrzewania, aby bardzo uważały na to, co jedzą. Nawet przy tym wysiłku, który mamy, łatwo jest nabrać parę kilogramów więcej.

Kiedy przechodziła pani obok McDonalda, nie było pokusy: "Ale bym sobie zjadła"?

- I nieraz nawet poszłam, ale potem jakie wyrzuty sumienia miałam. Zawsze jest tak, że jak nie możesz czegoś robić, to pokusa jest ogromna. I tutaj też wielka zasługa rodziny, która ustawiła się pod moją dietę. Choć na szczęście nie była ona aż tak rygorystyczna - nie przypominam sobie momentu, kiedy piłabym samą wodę.

Jednak schabowych na obiad nie było?

- Były. Ale tylko bez panierki. I wszyscy wtedy takie jedli. A że mój tata wiecznie na diecie, więc się cieszył.

Czyli jak zbliżała się impreza rodzinna i goście wiedzieli, że pani będzie, to psioczyli: "Dziś sobie nie pojemy"?

- Wtedy dawałam sobie dyspensę, żeby wszystkich nie katować. Głównie chodziło o to, aby nie napychać się ziemniakami, białym pieczywem, a jeść coś, co daje energię, czyli mięso, szynkę, ryby, owoce, warzywa. Te ostatnie są najgorsze dla dzieci-gimnastyczek w wieku 12-13 lat. Wtedy warzywa nie są superjedzeniem, wszyscy woleliby frytki.

A słynny McDonald w wiosce olimpijskiej mocno panią kusił?

- Nie byłam w nim ani razu. Nie dlatego, że nie miałam ochoty, ale gdy szłam na śniadanie i widziałam, że ktoś zjada od rana Big Maca czy coś podobnego, to mówiłam: "O matko, przed 9 rano?!". Aż mi się wierzyć nie chciało.

Na pewno nie widziała tam pani Rosjanek, które są gwiazdami gimnastyki. Na czym polega ich fenomen?

- Są niesamowite, ale przechodzą też zupełnie inny system kształcenia. Na wschodzie dziewczynki najpierw są poddane ostrej selekcji, a potem koszaruje się je w specjalnym ośrodku, gdzie jest surowa dyscyplina. W tym ośrodku w wieku 8-10 lat są już w kadrze narodowej i zajmują się tylko gimnastyką.

A kiedy chodzą do szkoły?

- Nie chodzą. Ale nie są analfabetkami, potrafią czytać i pisać, mają indywidualny tok nauczania. U nas nie zgodziłby się jednak na to żaden rodzic, żeby np. 12-latkę pozbawić szkoły, ale za to zapewnić jej dwa treningi dziennie. W Rosji wszystko stawia się na jedną kartę. Kiedy rodzina - biedniejsza czy bogatsza, bez znaczenia - widzi, że dziecko ma talent, wysyła je do takiego ośrodka i ma nadzieję, że się wybije.

Brzmi abstrakcyjnie.

- U nas nie do pomyślenia. Nauka i wykształcenie są potrzebne po to, żeby mieć jakieś życie po gimnastyce. Bo co bym miała teraz ze sobą zrobić, od początku zacząć szkołę? W Rosji nie ma tego problemu, bo gimnastyczki, zwłaszcza te, które dużo wygrywają, są wszędzie rozpoznawalne, dostają duże pieniądze, stypendia, grają w reklamach. I z tego żyją.

Podziwiam was za to, że mimo tych wszystkich wyrzeczeń na zawodach cały czas się uśmiechacie. To też się ćwiczy?

- U niektórych uśmiech jest rzeczą naturalną, u innych - nie. Są dziewczyny, które mają barierę i ćwiczą z grymasem na twarzy, a to nie wygląda fajnie. Dlatego zdarza się, że trenerki każą stawać z uśmiechem przed lustrem czy szczerzyć się do innych dziewczyn. Mnie też przytrafiały się gorsze dni, kiedy na treningach się nie uśmiechałam, ale trenerka wiedziała, że gdy podczas zawodów wyjdę na matę, to uśmiech się pojawi. To on sprawia wrażenie lekkości, że my się tą gimnastyką bawimy, że jest dla nas prosta. Choć wcale nie jest.

No właśnie - przecież kiedy jakiś przyrząd spadnie ci na matę, to aż się prosi, żeby rzucić czymś pod nosem. A tu nie - dalej się trzeba uśmiechać.

- To rodzaj gry aktorskiej, która jest dużą sztuką zwłaszcza wtedy, gdy popełnisz błąd. Na igrzyskach w Londynie miałam taki przypadek - wymsknęła mi się maczuga. Co prawda stało się to w tzw. małym elemencie, ale mimo to w głowie od razu pojawiło się tysiące myśli: "O kurde! To koniec!". Szybko jednak wróciłam do koncentracji, zebrałam się w sobie. Oczywiście cały czas z uśmiechem na twarzy.

Czy mi się tylko wydaje, czy gimnastyka to idealny sport do manipulacji dla sędziów? Przecież kiedy nic nikomu nie spadnie, to każdy powinien dostać dychę.

- Każda z nas jest gibka, rozciągnięta, musi dobrze kręcić piruety i skakać. Oceniana jest trudność ciała, czyli to, co potrafimy z nim zrobić. Jednemu sędziemu bardziej podoba się zawodniczka, która jest bardziej wyrazista, dynamiczna, nadaje ćwiczeniom charakter, drugiemu - gimnastyczka, która jest bardziej plastyczna, dokładna.

Zdarzało się pani, że była rozczarowana i wściekła na sędziego?

- Zdarzało mi się przegrać zawody różnicą 0,005 pkt. To bolesny cios, który jednak hartuje i uczy pokory. Bo w gimnastyce do wszystkiego trzeba dochodzić stopniowo. Co z tego, że wydaje ci się, że w Polsce jesteś najlepsza, skoro jedziesz potem w świat i boleśnie zderzasz się z rzeczywistością. Tam od nowa trzeba sobie wypracować pozycję. Nie ma tak, że przyjdzie nowa zawodniczka, nawet bardzo dobra, niemal genialna, i z miejsca zostanie mistrzynią świata. O nie, to nie ten rodzaj sportu.

Czy wśród profesjonalnych zawodniczek czuć rywalizację?

- Na macie jesteśmy rywalkami, ale nigdy nie życzyłam innej zawodniczce, żeby zgubiła przybór. Pokazujemy to, czego się nauczyłyśmy, zdajemy egzamin z umiejętności. Ale nie ma zawiści czy agresji, nigdy tego nie wyczuwałam.

A da się podłożyć świnię?

- Śmiejemy się, że można nadciąć obręcz, żeby potem pękła. Albo zrobić coś z kijkiem od wstążki, żeby się odkleił. Bo jeśli w trakcie pokazu stanie się coś z przyborem, to zawodniczka automatycznie dostaje zero za swój występ. Nie może go wymienić na nowy, to ona nie dopilnowała sprzętu.

Albo pomogły jej koleżanki...

- Może i takie przypadki się zdarzają, ale to na mniejszych zawodach. Mnie to nigdy nie spotkało.

Na jakiej podstawie można stwierdzić, że dziecko w wieku pięciu lat nadaje się do gimnastyki, a nie np. do gry na fortepianie?

- Zaczęłam chodzić na gimnastykę korekcyjną, rodzice mnie zapisali. Ale też do niczego nie zmuszali, to była zabawa. W naszej grupie zrobiłam największe postępy, szpagaty i takie tam, więc opiekunka zasugerowała, żeby zgłosić mnie do szkoły sportowej. Mama to zrobiła i tak już zostałam. Byłam zafascynowana gimnastyką. Kiedy zaczynałam ćwiczyć, miałam niespożytą energię. Gdy przychodziłam po treningach do domu, to jeszcze pół godziny ćwiczyłam. I pokazywałam rodzicom, czego się nauczyłam. Poza tym w szkole mieliśmy fajną grupę. Każda z nas chciała prześcignąć drugą - jak jedna coś umiała, to już następnego dnia inne też to potrafiły. W trzeciej klasie wygrałam pierwsze mistrzostwa Polski i od tego momentu zaczęłam patrzeć na gimnastykę nieco inaczej. Dostrzegłam szansę, aby osiągnąć coś więcej, i poświęciłam się temu.

Gimnastyka to zmarnowane dzieciństwo?

- Zwyczajne dzieciństwo na pewno uciekło. Wakacje trwały tylko miesiąc, bo potem zaczynały się zgrupowania przed nowym sezonem. Dlatego nie jeździłam z koleżankami na kolonie, ale za to wyjeżdżałam na obozy. W ogóle szkoła to trudny okres. W klasie tworzą się ekipy, które po lekcjach spędzają ze sobą wolny czas, a ty musisz uciekać na trening.

Czyli wszyscy jechali na imprezę do Sopotu, a pani biegła do sali?

- Nieraz tak było. Na imprezach częściej mnie nie było, niż byłam. W liceum wiedziałam już, że mam cel, i tego się trzymałam. Tak więc na pierwszym miejscu były zawody, treningi, obozy, a dopiero później znajomi. Na szczęście trafiłam na takie osoby, które to rozumiały i mnie wspierały. A nawet potrafiły dopasować się do mnie i powiedzieć: "W ten weekend nigdzie nie idziemy, pójdziemy za tydzień, kiedy masz wolne". Gimnastyka uczy charakteru, determinacji, wytrwałości. Jeśli chce się coś osiągnąć, trzeba się temu poświęcić.

A były chwile zwątpienia?

- Pewnie.

Kiedy i gdzie?

- Kiedy trenerka strasznie mnie cisnęła - bo widziała, że mam talent i trzeba go ze mnie wycisnąć - to czasami z nadmiaru ćwiczeń płakałam na macie albo gdzieś w rogu sali. W pewnym momencie nawet moi rodzice widzieli, że coś jest nie tak. Ciągle tak cieszyłam się tą gimnastyką, a tu nagle bunt. Wystarczyły jednak dwa, trzy dni przerwy i stwierdziłam - wracam! Może później będę tego żałować, ale wracam. I teraz tych trudnych decyzji nie żałuję. Wiadomo, że nie każdy dojdzie do poziomu mistrzowskiego, ale już do końca życia pozostanie w nim sympatia do tego, co robił. Do tych godzin ćwiczeń, stosu wyrzeczeń, stresu na zawodach. A nawet tego bólu w nogach i kręgosłupie.

Teraz, po zakończeniu kariery, stara się pani zarazić tym innych.

- Bo muszę się dalej ruszać. Od września rozpoczęłam pracę w Zespole Sportowych Szkół Ogólnokształcących w Gdyni i w moim klubie Jantar, w którym spędziłam całe życie. Od trzech tygodni działa też mój fitness club Arabeska, w którym dzieci, młodzież i dorośli uczą się gimnastyki, baletu, chodzą na fitness czy pilates. O ile zajęcia w klubie, gdzie trenują dziewczynki z roczników 2007 i 2008, są na poważnie i mają pomóc znaleźć przyszłe gimnastyczki, to ćwiczenia w moim fitness są typowo prorodzinne. W nim chodzi o ruch, zdrowie i zabawę.



* Gimnastyczka z Gdyni Joanna Mitrosz zakończyła karierę w wieku 24 lat. Reprezentowała klub Jantar. Jest wielokrotną mistrzynią Polski, uczestniczką igrzysk olimpijskich w Londynie i Pekinie. W Londynie awansowała do ścisłego finału, zajęła 9. miejsce. W Pekinie była 16.