HMŚ Sopot 2014. Cały świat patrzy na Sopot

- Mistrzostwa to święto dla całego Sopotu. Trzeba pokazać ludziom, co to jest za miasto. Jak tutaj się żyje. Większą promocję trudno sobie wyobrazić - mówi Władysław Kozakiewicz
Śledź autora na twitterze - @PiWisniewski

Piotr Wiśniewski: Przeciętny kibic nie może sobie wyobrazić lepszej reklamy halowych mistrzostw świata, które swoją twarzą firmuje Władysław Kozakiewicz, znakomity polski lekkoatleta.

Władysław Kozakiewicz: Może dzięki temu przyniosę trochę szczęścia naszym sportowcom? Na pewno na moje wsparcie mogą cały czas liczyć. Będę mocno ich dopingował i mam nadzieję, że wspólnie cieszyć się będziemy z medali na HMŚ.

Miejsce imprezy też w jakiś sposób jest dla pana symboliczne. Z Trójmiastem był pan związany, w Sopocie zaczynał poważne skakanie. W końcu tutaj oddał pan swój pierwszy skok [1,80 m - przyp. aut.].

- Cieszę się, że będę częścią tak wielkiego wydarzenia. Nie tylko duchem, ale też ciałem. Zapraszając do nas ludzi, ważne jest, w jaki sposób zaprezentujemy całemu świata miasto, nasz region, Polskę. Jeszcze wcześniej musieliśmy mocno się starać, aby dostać organizację HMŚ. Teraz, gdy wiemy, że do Sopotu zawitają czołowi lekkoatleci, musimy jak najlepiej promować całą imprezę. Pokazać ludziom, co to jest za miasto. Jak tutaj się żyje. Większą promocję trudno sobie wyobrazić.

Skoro Euro 2012 wypaliło, HMŚ też muszą się udać. To będzie tylko potwierdzenie tego, że Polska umie i potrafi?

- Organizując tak wielką imprezę jak Euro 2012, pokazaliśmy Polskę z jak najlepszej strony. Świat usłyszał o innym Polaku - zorganizowanym, potrafiącym zrobić fajne wydarzenie. Jednak impreza lekkoatletyczna ma inny wymiar. Jest bardziej dla koneserów. Nawet nośność wydarzenia jest inna. Żaden sport nie ma takiej oglądalności jak piłka nożna, która jest sportem numer jeden na świecie. Oczywiście mistrzostwa świata mają swoje prawa. Już sama nazwa wskazuje, że oczy całego świata będą skierowane na Polskę.

Świat zobaczy również piękny obiekt, w którym rozgrywane będą halowe mistrzostwa świata. Chyba Ergo Areny wstydzić się nie musimy?

- Oczywiście. Poza tym gdyby Ergo Arena nie spełniała określonych kryteriów, to Sopot nie dostałby organizacji tych mistrzostw. To wcale nie taka oczywista sprawa. Ergo Areną możemy się szczycić na całym świecie. Jest ładna, nowoczesna, funkcjonalna. Gdy ja startowałem, nie było mistrzostw świata. Nie mieliśmy okazji występów w wielkich halach.

My, sportowcy, zawsze widzimy wszystko od wewnątrz. Mamy inne spojrzenie niż publiczność. Trochę inaczej oceniamy niektóre rzeczy. Są hale, w których sportowcom startuje się bardzo przyjemnie. A i kibice mają komfort oglądania. Są też inne, gdzie człowiek czuje się przytłumiony. Panuje dziwna atmosfera. W Polsce na szczęście takich hal nie ma.

Jakie było pana pierwsze wrażenie, gdy zobaczył projekt medali na mistrzostwa w Sopocie?

- Zaskoczenie. Pozytywne zaskoczenie. Naprawdę fajny projekt. To, że są inne, nie znaczy, że gorsze. Mnie się bardzo te medale podobają. Już sama dekoracja to dla sportowca wielkie wydarzenie. A moment gdy ktoś zakłada ci na szyi medal - nie do opisania. Każdy sportowiec marzy o byciu na szczycie. Medal to zwieńczenie pracy, jaką włożył, by być na podium.

Co czuje sportowiec, gdy wiesza mu się medal na szyi?

- Na pewno jego ciężar nie przytłacza... Wspaniałe uczucie. Po to się walczy i wgrywa, aby zdobyć medal. Potem już się tylko czeka na dekorację, która sama w sobie jest niesamowita.

Do dziś sam mam dużą satysfakcję, oglądając wszystkie moje medale. Dostałem je 30 lat temu, a ciągle chce się na nie patrzeć. Często siadam z córkami i podziwiamy... Kształt medali się zmienił, ale emocje, które człowiekowi towarzyszą, gdy go dotykasz, ciągle takie same.

Ile medali jest w pańskiej kolekcji?

- Można by przeliczyć na kilogramy [śmiech].

20 kg?

- Bo ja wiem. Pewnie ze 30. Uzbierał się ich niezły karton.

Ma pan jakieś specjalne miejsce, gdzie je trzyma?

- Karton stoi na poddaszu.

O ten najcenniejszy chyba nie muszę pytać...

- Akurat tego nie trzymam ze wszystkimi. Nie wisi też na ścianie. Nie muszę się nim wszystkim chwalić. Ja wiem, gdzie on jest, żona wie.

Jak ocenia pan szanse Polaków?

- Mamy kilku zawodników, którzy mogą pokusić się o medale. Ale wie pan, jak to jest. Często decyduje też forma dnia, łut szczęścia. Na przykład w biegu na 800 metrów można się przewrócić, ktoś kogo wypchnie z toru. W skoku o tyczce może się tyczka złamać. Ciężko wyrokować.

A Anna Rogowska? Jej występy pewnie pan będzie szczególnie śledził.

- Wszystkim kibicuję. Ale medal muszą zdobyć sami. Żadna rada nie pomoże.

Presja nie zje polskich sportowców?

- Nie sądzę. Taki sam stopień napięcia towarzyszy im podczas startów także w innych krajach. Już są przyzwyczajeni do nadzwyczajnych sytuacji. Presję narzucają sobie sami, chcąc wygrać.

To o czym myśli lekkoatleta dzień przed startem?

- Różnie. Większość sportowców to wygi. Są już do pewnych zachowań przyzwyczajeni. Dobrze wiedzą, jak się przygotować.

A jak wyglądały pana przygotowania?

- Przed zawodami chciałem dobrze zjeść i pospać. Mnie to w zupełności wystarczało.

Czy Polacy odniosą sukces na HMŚ Sopot 2014? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »