Soczi 2014. W weekend zimowa Formuła 1. Startują Polacy, a wśród nich - gdańszczanin

- Nasz bobslej to stary model, odkupiony od Niemców za 30 tys. euro. Rywale mają kosmiczny sprzęt, którego cena dochodzi do 100 tys. euro. Przepaść technologiczno-finansowa jest ogromna, ale kiedy pędzimy lodową rynną ponad 150 km/h, nie ma to żadnego znaczenia - mówi gdańszczanin Daniel Zalewski, który wystąpi w rozpoczynającej się w sobotę konkurencji bobslejowych czwórek.
Gdańszczanin na zimowych igrzyskach olimpijskich? To w całej historii zdarzyło się do tej pory tylko raz - w 1988 roku, kiedy do Calgary pojechali łyżwiarze figurowi Stoczniowca Honorata Górna i Andrzej Dostatni. W tym zresztą nie było nic dziwnego, łyżwy - zarówno "figurówki", jak i "hokejówki" - mają w Gdańsku wieloletnią tradycję, choć ostatnio obie dyscypliny mocno podupadły.

Ale gdańszczanin w bobsleju? Brzmi abstrakcyjnie. Szybciej można spodziewać się mieszkańca Szklarskiej Poręby, który będzie reprezentował polskie barwy w konkurencjach żeglarskich.

A jednak Zalewski (jest zawodnikiem AZS AWF Katowice, ale na co dzień mieszka w Gdańsku) pojechał do Soczi jako najmłodszy polski bobsleista (22 lata) i jedyny debiutant. W sobotę wystartuje w czwórkach obok lidera ekipy Dawida Kupczyka oraz Michała Kasperowicza i Pawła Mroza.

Kupczyka spotkał wielki zaszczyt, był chorążym naszej reprezentacji podczas ceremonii otwarcia igrzysk i niósł biało-czerwony sztandar. To dla polskich bobsleistów wyjątkowy moment, gdyż na co dzień muszą oni radzić sobie z ogromnymi problemami. Są jak Don Kichot i ostatni Mohikanin w jednym. Uprawiają bowiem dyscyplinę sportu, która w Polsce praktycznie nie istnieje. A mimo tego startują i walczą o swoje marzenia. Pasja i ogromny hart ducha - bez tego o bobslejach w polskich warunkach można zapomnieć.

O mały włos byłby dziś oszczepnikiem

Mały Daniel był bardzo żywym dzieckiem. Kiedy miał 3 lata rodzina Zalewskich przeniosła się z Tczewa do Gdańska. Mama Barbara była piłkarką ręczną, jej syn też szybko zaczął zdradzać predyspozycje do sportu.

- Przez 10 lat trenowałem judo w Wybrzeżu, co dzisiaj bardzo mi się przydaje - mówi Zalewski. - Sprawność ogólna, wygimnastykowanie, gibkość - to w bobslejach ważna rzecz. Potem przerzuciłem się na lekką atletykę, moją specjalnością było pchnięcie kulą i przede wszystkim rzut oszczepem. Nawet zacząłem osiągać niezłe rezultaty i pewnie do dziś byłbym oszczepnikiem, gdyby nie pewne zdarzenie z 2011 roku, gdy wpadłem w oko trenerom bobslejowej kadry juniorów.

Zalewski to chłop na schwał. Ponad 180 cm wzrostu, 100 kg wagi. Do tego dynamika, niezła szybkość. To nie mogło ujść uwadze ludziom, którzy jeździli po całej Polsce i rozglądali się za mocnymi, sprawnymi mężczyznami do kadry narodowej juniorów w bobslejach. Szukali kandydatów na tzw. rozpychających, czyli zawodników, których głównym zadaniem jest błyskawiczne rozpędzenie pojazdu na starcie.

Trafili również na gdańską AWFiS i kiedy zobaczyli 19-letniego wówczas Daniela na testach sprawnościowych, zaproponowali mu testy na bobsleistę.

- Odbywały się one w Niemczech, na specjalnej maszynie. To wózek na szynach kształtem podobny do bobsleja. Pcha się go na odległość 25-30 m, a w trakcie próby mierzony jest czas reakcji startu, szybkość zawodnika itp. Razem ze mną z Gdańska było jeszcze dwóch chłopaków - piłkarz i lekkoatleta, specjalizujący się w biegu na 400 metrów. Ja okazałem się najlepszy i trafiłem do kadry juniorów. Czy nie żal było rzucać lekkiej atletyki? Trochę tak, ale tam od kadry narodowej byłem jeszcze daleko. A w bobslejach trafiłem do niej niemal z marszu - zaznacza Zalewski.

Bardziej fascynacja niż strach

W Pucharze Świata zadebiutował już kilka miesięcy później, w grudniu 2011 roku, jeszcze jako zawodnik AZS AWFiS Gdańsk. Jak wspomina swoje bobslejowe początki?

- Ten pierwszy raz był bardzo fajny - śmieje się Zalewski. - Obaw nie miałem, jestem człowiekiem, który nie boi się żadnych dziwnych rzeczy, a jazda bobslejem na początku czymś takim była. Przy pierwszym zjeździe czułem się trochę nieswojo, ale to była bardziej fascynacja niż strach. Przeżyłem coś niezwykłego, nowego i bardzo mi się to spodobało. No i ta prędkość! - zachwyca się gdańszczanin.

Bobsleje to zimowa Formuła 1. Najlepsi - Niemcy, Amerykanie, Rosjanie, Kanadyjczycy, Szwajcarzy - prowadzą prawdziwy wyścig zbrojeń, w którym uczestniczą takie firmy jak Ferrari, McLaren czy BMW. Przy konstrukcji bolidu liczą się nawet najmniejsze niuanse, bo o zwycięstwie często decydują setne części sekundy. W konkurencji czwórek rozwijane są zawrotne prędkości, wielu zwykłych ludzi nigdy nie jechało tak szybko samochodem. A tymczasem bobsleiści mkną w dół lodowej rynny wyposażeni tylko w kaski i cieniutkie kombinezony. Tu nie ma miejsca na ochraniacze, no bo przecież opór powietrza musi być jak najmniejszy.

- Najszybciej jechaliśmy na torze w Vancouver: 151 km/h. Na innych torach 130-140 km/h to norma. Ja już się do tego przyzwyczaiłem i w tej chwili nie robi to na mnie większego wrażenia. Trzeba rozpędzić bobslej, wskoczyć do niego jak najsprawniej, skulić się i... jazda w dół! - mówi Zalewski, który przeżył już w lodowej rynnie niejeden wypadek. Ostatni całkiem niedawno na torze w Calgary, podczas listopadowych zawodów Pucharu Świata. Polska czwórka zaliczyła wówczas wywrotkę, po której przez dobre kilkaset metrów bezwładnie sunęła w dół przewróconym na bok bobsleju. Widok przerażający.

- Może wygląda to niebezpiecznie, ale w sumie nie jest to takie groźne jak mogłoby się wydawać - bagatelizuje sprawę Zalewski. - Wcześniej zdarzało się nam już przewracać na treningach, więc wiemy, co robić w takiej sytuacji. Trzeba się zwinąć w kulkę i czekać aż bobslej sam wyhamuje. Rutyna - podkreśla zawodnik, jakby mówił o zwykłym potknięciu na ulicy.

"Przy sprzęcie musimy grzebać sami"

Problem Polaków jest taki, że sprzętowo znacznie odstają od tych najlepszych. - Nasz bobslej to stary model, odkupiony od Niemców za 30 tys. euro. Rywale mają kosmiczny sprzęt, którego cena dochodzi nawet do 100 tys. Przepaść technologiczno-finansowa jest ogromna, na dodatek my przy sprzęcie musimy "grzebać" sami, od czasu do czasu pomaga nam jeden mechanik. Inne ekipy mają wielkie sztaby, my jesteśmy zdani tylko na siebie. Ale jakoś trzeba sobie radzić - podkreśla gdański bobsleista.

Przyczyn, które pogłębiają przepaść do tych najlepszych, jest więcej. Najważniejsza to oczywiście brak toru bobslejowego w Polsce, przez co możliwości treningowe są mocno ograniczone. Czołówka światowa robi przed sezonem około 120-200 ślizgów, Polakom udało się ich wykonać około 60. Na dodatek zawodników uprawiających tę dyscyplinę sportu w naszym kraju jest garstka, właściwie garsteczka.

- Można nas policzyć na palcach dwóch rąk - przyznaje Zalewski. - Oprócz piątki, która pojechała do Soczi [oprócz tych, którzy wystartują w czwórce był jeszcze Marcin Niewiara], do igrzysk przygotowywało się jeszcze dwóch zawodników. I to wszystko! Kadra juniorska też się rozpadła... Na dodatek nie mamy żadnych sponsorów, a związek do najbogatszych nie należy. Jest bardzo ciężko, ale walczymy o swoje marzenia - mówi zawodnik, który na bobslejach nie zarabia ani grosza.

- Co prawda mój klub AZS AWF Katowice [tam studiuje Zalewski] przeznacza jakieś pieniądze na bobsleje, ale ja póki co na stypendium się nie załapałem. Jestem na utrzymaniu rodziców, bo na podjęcie pracy szans nie mam żadnych. 250 dni w roku spędzam poza domem, na zgrupowaniach, zawodach. Oczywiście wszystko za granicą - podkreśla Zalewski.

Złą sytuację mógłby poprawić dobry wynik w Soczi. Na poprzednich igrzyskach - w Vancouver - biało-czerwona czwórka zajęła 14. pozycję, a dwójka 16. Teraz dwójka (w składzie Kupczyk - Mróz) była dopiero 27. Na co stać czwórkę?

- Chcielibyśmy powalczyć o miejsce w okolicach pierwszej "10", chociaż zdajemy sobie sprawę, że będzie o to piekielnie trudno. Jednak na igrzyskach trzeba sobie stawiać wysokie cele - podkreśla Zalewski.

Rywalizacja czwórek w Soczi rozpocznie się w sobotę - pierwszy ślizg zaplanowano na godz. 17.30 naszego czasu, drugi na godz. 20.30. W niedzielę trzeci ślizg zacznie się o godz. 10.30, a czwarty o godz. 12. Faworytami będą Amerykanie, Niemcy, no i Rosjanie, którzy nowy tor w Soczi (powstał specjalnie na igrzyska) znają najlepiej.

Daniel Zalewski

Ma 22 lata (urodził się 17 stycznia 1992 r.). Zanim został bobsleistą, przez 10 lat trenował judo w Wybrzeżu Gdańsk i 2,5 roku lekkoatletykę w AZS AWFiS Gdańsk (rekordy życiowe: 11,97 m w pchnięciu kulą oraz 52,20 m w rzucie oszczepem). Największe sukcesy w bobslejach to 6. i 7. miejsce w zawodach Pucharu Europy w tym sezonie oraz 14. miejsce w ubiegłorocznych mistrzostwach Europy. W najlepszym starcie w Pucharze Świata zajął z czwórką 20. pozycję.

Które miejsce zajmą polscy bobsleiści w rywalizacji czwórek? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »