Sport.pl

Wielki przyjaciel Rafała Majki. Kolarz z Rumi zdobywa szczyty

- Z Rafałem znamy się już od juniora. Śmiejemy się, że spędzamy ze sobą więcej czasu niż z rodziną. We Włoszech mieszkamy razem. Czasem nawet mam go dość [śmiech]. Ale nie mam kiedy od niego odpocząć. Kurczę, nawet wracam do domu, myślę sobie: ?O spokój, nie ma Rafała, patrzę a tu on w reklamie Citroena? [śmiech].
Obserwuj nas na Twitterze: @ka_suchecki i @PiWisniewski

Paweł Poljański to 24-letni kolarz jeżdżący w jednej z najlepszych drużyn na świecie Tinkoff-Saxo. Młody zawodnik pochodzący z Rumi w swoim pierwszym roku w zawodowej grupie otrzymał szansę występu w jednym z najpopularniejszych wyścigów Giro d`Italia. W listopadzie razem z całym zespołem zdobył szczyt Kilimandżaro.

Jak wyglądały twoje początki. Dlaczego akurat rower, a nie np. bieganie, czy piłka nożna?

- Kiedyś rower to była tylko przygoda. Ale z biegiem czasu zamieniło się to w pracę. Jednak zaczynając od początku: mój tata złamał kiedyś nogę i zaczął regularnie jeździć na rowerze. Otrzymałem wtedy swój pierwszy rower na komunię i tak się stało, że złapałem bakcyla na przejażdżki. Dziennie 2-3 godziny spędzaliśmy jeżdżąc m.in. po lasach.

Sporo. Wielu dorosłych w formie po takim czasie się męczy.

- To prawda, nie było to mało, szczególnie dla młodego chłopaka. Miałem wtedy gdzieś z 10-12 lat. Tak się zaczęło. Zobaczyłem wyścig górski MTB i mnie wciągnęło. Zacząłem uprawiać kolarstwo górskie, pojawiły się pierwsze zawody, początek rywalizacji. Tak rozpoczęło się ściganie. Chciałem zobaczyć, jak wygląda taka walka, współzawodnictwo.

Żeby nie było, że było kolorowo i wszystko od razu wygrywałem, to mój pierwszy wyścig zakończyłem chyba na dziesiątym miejscu. Z biegiem czasu kolarstwo, używając gry słów, coraz bardziej zaczęło mnie kręcić. Wtedy dowiedziałem się, że w moim mieście, w Rumi jest klub - Stefan Rumia. Tam zacząłem. Potem przeszedłem do Floty Gdynia, gdzie dalej prowadził mnie Dariusz Malecki, tak naprawdę mój pierwszy trener. Moim kolejnym klubem była Cartusia i to właśnie tam spędziłem wiek juniora oraz juniora młodszego, zaczęły się pierwsze poważniejsze wyścigi. Jednak już wtedy wiedziałem, że chcę jak najszybciej wyjechać z kraju. Wiedziałem jaki jest mój cel, co chcę robić w życiu, a największe możliwości były poza granicą. Po drodze miałem jeszcze Szkołę Mistrzostwa Sportowego w okolicach Wrocławia, gdzie mogłem trenować kolarstwo. To właśnie tam musiałem skierować swoje kroki w momencie, kiedy zacząłem bardzo poważnie myśleć o swojej karierze i przyszłości związanej ze sportem. Mieliśmy trzy godziny lekcji, potem kilka godzin treningu, po południu znów zajęcia, po nich trenowaliśmy, jeść, spać i dzień rozpoczynał się od nowa. To właśnie chodząc do SMS-u mogłem brać udział w największych zawodach na świecie. Wtedy już wiedziałem, że to jest to. Chcę być kolarzem.

Zdarza ci się jeszcze jeździć rowerem po trójmiejskich drogach?

- Gdy jestem w domu, w Polsce, to dosyć często wracam na "stare śmieci" i jeżdżę dobrze znanymi drogami. W Trójmieście są wzniesienia, górki, jednak do tak specyficznego i profesjonalnego treningu jak mój, potrzebuję często podjazdów 20-kilometrowych, których na północy niestety nie ma.

[Kelnerka przynosi podwójne espresso - red.] Włoskie przyzwyczajenia?

- Chyba już za dużo piję tej kawy [śmiech].

Wyjechałeś za granicę.

- Tak, trafiłem do Włoch, mimo że pojawiały się opcje m.in. z Francji. Na jednym z zagranicznych wyścigów podszedł do mnie dyrektor jednej z włoskich drużyn, który otwarcie zapytał, czy nie chciałbym jeździć w jego zespole. Zgodziłem się od razu, bo wiedziałem, że aby się rozwijać, muszę jak najszybciej wyjechać.

Ile miałeś lat?

- 19-20.

Mieszkasz we Włoszech?

- Tak, mamy z kolegą z drużyny Rafałem Majką mieszkanie w Toskanii. Tam tak naprawdę mieszkam przez cały rok.

We Włoszech jest łatwiej zostać profesjonalnym kolarzem?

- Nie ukrywam, że tam kolarstwo jest bardziej popularne. Przez mój kilkuletni pobyt we Włoszech nauczyłem się, czym jest życie kolarza - co się je, jak odpowiednio trenować, jak jeździć.

Odważny ruch.

- Była to i jest nadal, niesamowita szkoła życia. W Polsce zostawiłem rodzinę, znajomych. Wyjeżdżając, nie znałem języka, tak naprawdę nie wiedziałem, na co mogę liczyć i czego powinienem się spodziewać. Znałem jednak swój plan - chcę zostać zawodowym kolarzem. I to właśnie ten kraj dawał największe możliwości.

We Włoszech jeździłem w wyścigach i chyba dobrze mi szło, bo zgłosił się do mnie menedżer Giovani Lombardi - w świecie kolarskim jeden z najbardziej znanych agentów, który pod swoimi skrzydłami ma najlepszych kolarzy. To był moment, kiedy pomyślałem, że może się udać.

Skończyłeś wiek młodzieżowca. Udało się podpisać kontrakt zawodowy, jednak coś się posypało?

- Związałem się z drużyną Vini Fantini, ale sprawy się zagmatwały. Nie wyszło tak jak zakładałem. Miałem kontrakt, ale przez pół roku nie mogłem się ścigać. Klub miał ogromne problemy finansowe i nie mogli opłacić mojej licencji. Byłem uwiązany. Trenowałem i ciężko pracowałem, aby nie stracić formy. Najgorsza była niepewność, bo nie wiedziałem, czy będę mógł się ścigać w tej drużynie. Był to cios zarówno dla mnie, jak i mojego menedżera, bo obaj nie wiedzieliśmy, na czym stoimy. Udało się jednak wyjść z tej sytuacji. Zacząłem rozmawiać z Tinkoff-Saxo, zresztą wcześniej też z nimi prowadziłem rozmowy, ale nie chciałem wskakiwać od razu na głęboką wodę. Wolałem rozpocząć od włoskiego klubu. Był to jednak błąd, ale na szczęście Włosi nie robili problemów, porozumieliśmy się, że rozwiązujemy z Fantini kontrakt za porozumieniem stron. Wróciłem do ścigania jako młodzieżowiec i wtedy do menedżera zadzwonił Bjarne Riss, dyrektor właśnie Tinkoff-Saxo. Zapytał, czy jestem bez kontraktu. Zostałem zaproszony na trzy wyścigi jako stażysta. Wtedy postanowili, że chcą mnie w ekipie.

Osobom nieinteresującym się tym sportem można wytłumaczyć, że Tinkoff-Saxo, to taki Real Madryt albo Barcelona kolarstwa.

- To jeden z najlepszych teamów na świecie. Podpisałem dwuletnią umowę i dopiero wtedy zobaczyłem, jak funkcjonuje niezwykle profesjonalna drużyna. Mogę współpracować z takimi ludźmi jak właśnie Bjarne. To były kolarz, który wie, jak wygląda życie zawodowca i czerpanie z jego doświadczenia, to niesamowita nauka dla młodego zawodnika. Podpisując kontrakt wiedziałem, że to był dobry ruch.

Nie chciałbyś się przenieść do Polski?

- Tak się przyzwyczaiłem do mieszkania w Toskanii i tak polubiłem ten region, że jest mi tam po prostu bardzo dobrze. Mam mieszkanie, które dzielę z Rafałem Majką i praktycznie od stycznia do września tam żyjemy. Oczywiście staram się przyjeżdżać do Trójmiasta, ale życie kolarza, to ciągłe rozjazdy. Tak naprawdę mam tylko półtora miesiąca wolnego, kiedy następuje roztrenowanie. Szczerze mówiąc, to podczas takiego urlopu człowiek nie ma nawet ochoty wyjeżdżać na wakacje. Jak sobie myślę, że znowu muszę się spakować, lecieć samolotem, mieszkać w hotelu, to tak naprawdę najlepiej odpoczywam w domu przed telewizorem.

W tym roku dodatkowo było sporo zamieszania, bo po tym głównym sezonie byliśmy jeszcze z Rafałem w Japonii na wyścigu, później z Tinkoff-Saxo polecieliśmy do Afryki, gdzie zdobywaliśmy Kilimandżaro. I tak naprawdę w domu z rodziną spędziłem niewiele czasu, bo dodatkowo w Polsce ciągle byłem w rozjazdach, w Warszawie, Krakowie, na oficjalnych spotkaniach.

Ale rodzina cię jeszcze poznaje?

- Na szczęście tak [śmiech]. To właśnie ze względu na najbliższych staram się często odwiedzać Trójmiasto.

Czy myślisz, że dzięki wam - Poljański, Majka, Kwiatkowski w Polsce "ruszy się" kolarstwo, właśnie, żeby młodzi nie myśleli o wyjeździe?

- Będąc młodym zawodnikiem w Polsce i tak trzeba uciekać. Tak jest teraz, ale jak będzie w przyszłości, tego nie wiem. Przyznam, że widzę nawet po sobie, gdy chociażby tutaj w Trójmieście trenuję, czy, dajmy na to, siedzę w restauracji, da się odczuć, że ludzie cię rozpoznają. Dyscyplina także staje się popularna. I właśnie dzięki tak ogromnym sukcesom jak Majki czy Kwiatkowskiego - bo zdobycie mistrzostwa świata [Kwiatkowski - red.] czy wygranie Tour de Pologne i dwóch etapów na Tour de France [Majka - red.], to są to wyniki znakomite. O naszej dyscyplinie mówi się coraz więcej w mediach i to dzięki temu rośnie popularność naszego sportu.

Czyli po sukcesach polskiego kolarstwa, ta dyscyplina wyprzedzi popularnością bieganie?

- Nie wiem jak do końca jest u nas w kraju, bo jak już wspomniałem mieszkam we Włoszech. Jednak Eurosport podawał co ma u nas największą oglądalność, no i kolarstwo było na czwartym miejscu. Patrząc jak było kilka lat temu, to jest to olbrzymi progres. Zaczynamy interesować się tą dyscypliną. Oczywiście nie dogonimy popularnością piłki nożnej. Inne pieniądze, inna medialność.

Opowiadasz, jak wygląda twój sezon, sezon profesjonalnego kolarza. Podobno musisz dodatkowo specjalnie jeździć do Włoch na... przypasowanie roweru?

- To prawda. W kolarstwie jest tak, że każdy milimetr się liczy. Twoja pozycja na rowerze musi być idealna. Spędzamy sporo czasu w aerodynamicznych tunelach, gdzie wypracowuje się właściwą sylwetkę. Współpracuję ze sprawdzoną ekipą, która przygotowuje mój sprzęt. Gdy tylko dostaję np. nowy rower, to muszę tam jeździć i dopracowujemy wszelkie szczegóły.

Ile masz rowerów?

- Dziewięć. Podczas wyścigów mam do dyspozycji praktycznie właśnie taką liczbę jednośladów. Każdy rower jest przystosowany do innego rodzaju wyścigu - na etap płaski, czasówkę, górski itd.

A ile taki jeden rower kosztuje?

- Szczerze, nawet nie znam dokładnej kwoty. Wiem na pewno, że jest to kupa pieniędzy. Każdy rower, to koszt rzędu 15-20 tys. euro, więc dobry samochód można już mieć.

Co to za samochód bez poduszki powietrznej, ABS-u, ba, drzwi, szyb i dachu?

- Fakt [śmiech]. Na szczęście rowery gwarantuje nam drużyna, sponsorzy, więc nie musimy się martwić o koszt takiego sprzętu. Kolarza to nie interesuje. My przyjeżdżamy na wyścig i wszystko musi być przygotowane perfekcyjnie. My siadamy na siodełku i musimy wykonać swoją robotę.

Da się wyżyć z kolarstwa?

- Od kilku lat jakoś chyba daję sobie radę, także aż tak źle nie jest [śmiech].

Można porównywać z piłkarzami?

- Najlepsi kolarze zarabiają naprawdę gigantyczne pieniądze [niektórych pensja oscyluje wokół 10 mln euro rocznie - red.], jednak w futbolu te pieniądze są dużo większe, to fakt. Ja na to jednak tak nie patrzę. Trafiłem do zespołu, który ma największy budżet ze wszystkich ekip kolarskich.

Pieniądze może nie są małe, ale trzeba pamiętać, że kariera sportowca jest krótka i mamy tylko kilka lat, aby zarobić często na resztę swojego życia. Niektórym od sum mogłaby uderzyć do głowy woda sodowa, jednak trzeba być rozsądnym. Należy odpowiednio lokować pieniądze. Jest to jednak sprawa indywidualna. Pomału zaczynam myśleć, w co dobrze zainwestować, samochodu megawypasionego nie potrzebuję...

Bo masz rowery za 20 tys. euro.

- Firma płaci, a ja przynajmniej na aucie mogę oszczędzić [śmiech]. Ale mówiąc poważnie, to każdy jest kowalem swojego losu. Ja wolę zadbać o swoją przyszłość. Nic jednak nie przychodzi za darmo i, aby coś osiągnąć, trzeba sporo wysiłku i wyrzeczeń.

Miałeś taki moment w życiu, że leżałeś w nocy i myślałeś sobie: "Kurde, udało mi się. Jestem tu gdzie chciałem"?

- To nie jest tak, że coś mi się udało, bo mam kontrakt z drużyną z najwyższej półki. Oczywiście mam wielkie szczęście, że jeżdżę w takiej ekipie, ale dotarłem w to miejsce dzięki ciężkiej pracy, a teraz ciągle muszę udowadniać, że jestem lepszy i że się rozwijam. Największym grzechem byłoby teraz spocząć na laurach. Mimo że szefowie są zadowoleni, kibice się cieszą, to ty jako zawodnik, ale i jako osoba, musisz od siebie wymagać jeszcze więcej. Świetnym przykładem jest Alberto Contador, który jeździ w naszej ekipie. Numer jeden w kolarskim świecie, wygrywał wszystkie największe toury, ma 32 lata i nie ściga się już dla pieniędzy. On w każdym kolejnym wyścigu chce wygrywać i wciąż pracuje, aby być lepszym. I to jest właśnie przykład wielkiego zawodnika.

W tym sporcie bez odpowiedniego charakteru i hartu ducha nic nie osiągniesz. Jeździmy w każdych warunkach - czy śnieg, deszcz, upał.. Raz na Giro różnica temperatur na etapie wynosiła ponad 15 stopni. A my ciągle w cienkiej kolarskiej koszulce. Innego dnia był taki upał na trasie, że aż się opony topiły. A my mimo wszystko musimy jechać kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, czasami zjeżdżamy z taką prędkością, że często motocykle z operatorami kamer za nami nie nadążają, bo jest to zbyt ryzykowne.

Ty dotarłeś już bardzo wysoko. Rzadko się zdarza, żeby nowy i młody zawodnik tak szybko wziął udział w tak ważnym wyścigu.

- To był mój pierwszy rok w zawodowym peletonie. Dużo się nauczyłem, bo pojechałem w Giro d`Italia. Było to niesamowite wyróżnienie, bo nie często młody zawodnik tak szybko otrzymuje szansę na jazdę w takim tourze. Ten rok był dla mnie sporym doświadczeniem, bo mogłem jechać ramię w ramię z moimi idolami z młodości.

Jakie masz plany na przyszły rok?

- Kolejny rok będzie sporą zagadką. Wiem z kolei, że w nadchodzącym sezonie będę miał większe możliwości, aby pojechać na własną rękę. [Poljański niedawno ogłosił, że wystartuje w trzech dużych tourtach - Giro d'Italia, Tour de Pologne oraz Vuelta Espana. Nowością jest trzytygodniowy wyścig w Hiszpanii, w którym zadebiutuje wczesną jesienią - przyp. aut.]

W kolarstwie jednak ciężko o indywidualną jazdę. W tej dyscyplinie rządzi dobro drużyny.

- W ekipie jedzie dziewięciu zawodników, ale wszyscy pracują na lidera drużyny. W zawodach nie liczy się drugie czy trzecie miejsce. Oczywiście przyjemnie jest stanąć na podium, ale najważniejsza jest wygrana. O zwycięzcach ludzie pamiętają.

Póki co jesteś "gregario" [z włoskiego pomocnik - red.]. Myślisz, że niedługo uda ci się zmienić twoją rolę w ekipie?

- Nie mam w głowie tego, że zawsze będę gregario. Jednak będąc obecnie w takiej ekipie jak Tinkoff-Saxo zdaję sobie sprawę z tego, że, aby być liderem w danym wyścigu, to trzeba być niezwykle mocnym. Jednak wszystko przede mną.

Chcesz wygrywać.

- Oczywiście. Każdy kolarz chce wygrywać. Wiem jednak, że potrzebuję na to czasu. Nikt nie wie, co się wydarzy. Może okaże się, że wygram jakiś wyścig albo etap na wielkim tourze. Dążę do tego i robię wszystko, aby być w formie.

Najbliższy sezon będzie weryfikacją, jakim kolarzem jestem. Przykład Rafała Majki pokazuje, że można z pozycji pomocnika przejść do bycia faworytem i wygrania etapów TdF czy całego Tour de Pologne. Kiedyś przyjdzie czas, że Bjarne powie: "dobra Paweł, teraz jedziemy na ciebie".

Widzom przed telewizorem wydaje się, że zawodnicy wsiadają na rower i tylko jadą przed siebie. Jednak każdy etap macie niesamowicie opracowany.

- Przed każdym etapem mamy odprawę, gdzie ustalamy, na którym kilometrze np. ruszymy, planujemy trasę, działania, kiedy kto ma się cofnąć po bidon, po batony, kiedy lidera osłaniać od wiatru itd. Każdy ma swoją pracę do wykonania, dosłownie każdy kilometr jest rozpisany. Dodatkowo zawsze w aucie za nami jedzie Bjarne, który jest najważniejszą osobą w zespole i to on decyduje, co i kiedy się wydarzy.

Kontaktujecie się przez radio. Macie podczas etapu słuchawki. Wiele osób uważa, że to zabija rywalizację, bo peleton zawsze przed metą dopadnie ucieczkę. Wszystko macie wyliczone co do sekundy.

- No tak, mamy słuchawki i kontaktujemy się z dyrektorem grupy, z wozem technicznym. Mają w aucie telewizory, widzą, jak wygląda wyścig i wiedzą, jak to rozegrać. To wszystko poszło tak do przodu, że czasami wydaje się, że dyrektorzy w światowym kolarstwie grają sobie po prostu na PlayStation. Oni czasami nie czują, że warunki są złe, że pada. Dostajemy sygnał, że mamy jechać do przodu, a reszta ich nie interesuje. Takie jest jednak nasze zadanie. Na tym polega kolarstwo. Mamy z siebie dawać wszystko.

Co do słuszności słuchawek: gdy ogląda się wyścig w telewizji, to ten system nie jest fajny. W jakiś sposób zabija się rywalizację. W peletonie wiemy dokładnie, kiedy ruszyć, wiemy nawet, na którym kilometrze dopadniemy ucieczkę. Jednak dla nas, kolarzy, na trasie słuchawki są nieocenione. Dają nam dużo komfortu i zapewniają w pewien sposób poczucie bezpieczeństwa. Czasami szybko zmieniają się warunki albo trasa nie jest odpowiednio zabezpieczona. Dyrektorzy na bieżąco mogą reagować na sytuację panującą podczas etapu i ostrzegają nas przed groźnymi sytuacjami. Dajmy na to, że na trasę spada drzewo albo na początku peletonu jest "kraksa". Dostajemy ostrzeżenie i możemy zareagować. Pamiętajmy, że chroni nas jedynie kask i tyle. Nie mamy ochraniaczy, kombinezonów jak motocykliści albo karoserii samochodowej, która nas chroni. W peletonie tak naprawdę nie ma szansy na reakcję. A przyznam, że wywrotka na asfalt przy np. 80 km/h pozostawia na ciele pamiątkę na długo. Na takie zdarzenie mówimy "szlif".

Jednak tak do końca tego radia mogłoby dla mnie nie być. Wychowałem się na kolarstwie bez łączności. Dodatkowo słuchawki są tylko na najważniejszych wyścigach z cyklu Wolrd Tour. W niższych kategoriach jest zakaz używania radia, podobnie rzecz ma się podczas mistrzostw świata.

Przykład Polski i Michała Kwiatkowskiego [zdobył złoto - red.] pokazują, że bez radia też da się pojechać.

- Da się jechać, oczywiście. Jednak każdy zawodnik powie, że lepiej jechać z radiem, ze względów bezpieczeństwa i ja też mam takie zdanie.

Co do mistrzostw, to był to świetny wyścig. Przed zawodami mieliśmy odprawę z trenerem Wadeckim i było powiedziane, że wyścig jedziemy na Michała, który sam nam mówił, że jest w superformie i przyjechał po medal. Nam nie pozostało nic innego, jak mu w tym pomóc. Podczas wyścigu odjechała ucieczka, w pewnym momencie mieli już nawet ok. 15 minut przewagi. Wtedy podjechał do nas "Kwiatek" i powiedział, że ruszamy. Myśleliśmy, że ktoś do nas podjedzie, że któraś ekipa pociągnie z nami, ale musieliśmy sami ciągnąć. Każdy z nas dał z siebie wszystko, aby Michał jak najmniej się zmęczył i to dało efekt.

Kwiatek to świetny zawodnik, niesamowity taktyk. Wie, kiedy ruszyć. Jest bardzo inteligentny. Umie odpowiednio rozgrywać wyścigi. Zawsze taki był. Już za juniora wygrywał wszystkie możliwe zawody. Niesamowity talent.

Ale ile trzeba mieć w kolarstwie talentu, a ile należy włożyć pracy?

- Talent jest ważny, ale bez potów wylanych na treningu, nic się nie osiągnie. Nie ukrywam, że nigdy jakiegoś wielkiego talentu sam nie miałem. OK, patrząc po wynikach badań, po wydolności jestem na wysokim poziomie, ale sam wiem, ile wyrzeczeń i pracy mnie to kosztowało. U zawodowca trening to normalna część dnia. Musisz wstając rano wiedzieć, że trening jest koniecznością. W kolarstwie potrzebny jest czas. Do wszystkiego dochodzi się powoli. Nie można od razu skoczyć na głęboką wodę. Mimo talentu nie zdołasz pojechać w największych wyścigach. Życie kolarza można porównać do wchodzenia po schodach. Wspinasz się stopień po stopniu. Można oszukać i pokonywać trzy na raz, ale w pewnym momencie się potkniesz, wywrócisz i spadniesz na dół.

Jak wygląda dieta kolarska i ile spala się kalorii?

- Na normalnym wyścigu trwającym 6-7 godzin spalam 5 tys. kalorii. Tyle się spala na każdym etapie Giro. To ważne, co jesz. Odpowiedni posiłek z poprzedniego dnia daje ci paliwo na wyścig. Mamy ten komfort, że w grupie posiadamy własnego kucharza i kucharkę. Oni odpowiadają za posiłki, bo nigdy nie jemy w hotelach. Mamy tyle kontroli antydopingowych, że każde odstępstwo od reguły w diecie może potem wyjść w teście. Tak było w przypadku Contadora, u którego norma została przekroczona minimalnie po zjedzeniu mięsa. Kontrola jest tak szczegółowa, że sprawdzają wszystko co do miligrama. Nawet idąc do restauracji, pytam się, skąd pochodzi dany produkt. Dieta podczas touru? Rano na śniadanie, przeważnie ok. godz. 7, omlet i musli. Ubytek kalorii podczas etapu uzupełniamy żelami, batonami energetycznymi. Około 120. kilometra jest bufet na trasie. Masażysta podaje wówczas torbę z jedzeniem. Po zakończeniu wyścigu czeka już na ciebie posiłek bogaty w węglowodany. Zazwyczaj jest to makaron. Im szybciej zjesz, tym lepiej. Jest na to czas, bo 2, 3 godziny jedziemy do hotelu. Wieczorem po masażu jest kolacja. Znów makaron, mięso.

I taki rygor musisz trzymać przez cały rok?

- Bez przesady. Wszystko jest dla ludzi [śmiech], tylko trzeba wiedzieć, kiedy i co jeść. Przecież nikt nie jest Robocopem. Czasem nawet po etapie Giro wypiję sobie małe piwo czy lampkę wina do kolacji. Oczywiście umiar musisz zachować. W okresie roztrenowania mamy więcej "luzu", gdzie nie musisz aż tak ostro pilnować się z dietą. Jednak będąc zawodowym kolarzem, musisz pamiętać, że jesteś nim prawie przez 360 dni w roku. Bo my swoim organizmem zarabiamy na życie.

Nie uciekniemy od trudnych tematów, czyli dopingu, który w ostatnim czasie był mocno napiętnowany w kolarstwie. Zauważyliśmy pewną regułę, że w miarę jak pozbyto się "czarnych owiec", sukcesy zaczęli odnosić Polacy. Kolarze jednak cały czas kojarzeni są ze "sterydowcami", a biorąc pod uwagę skalę zjawiska, okazuje się, że wasz sport jest jednym z czystszych pod tym względem.

- Powiem tak: kolarstwo jest obecnie najczystszym sportem. 5-10 lat temu ten sport kojarzył się z wielkim wyścigiem dopingowiczów. Normalny człowiek otwierał książkę Lance'a Armstronga i co widział? Przepis na dobry doping. Teraz, gdy w kolarstwie pojawił się paszport biologiczny, dzień w dzień musisz trzymać się reguł. Mówiąc prostym językiem - każdy z nas ma swój kalendarz w internecie, w którym każdego dnia trzeba się meldować, pod jakim adresem się znajdujesz. W żadnym innym sporcie nie ma czegoś takiego. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz wezwany na kontrolę. Dla przykładu - dziś jestem w Trójmieście, a nocuję w Rumi i pod wskazanym adresem w godzinach między 6, a 8 rano może pojawić się ktoś z kontroli. Później sześć godzin przerwy. I znów od 16 do 22 muszę być non stop pod telefonem. Czasem sami mogą przyjechać o 18. Gdy okaże się, że nie ma mnie pod wskazanym adresem, dzwonią i mam godzinę czasu na stawienie się do kontroli.

A co, jeśli się nie zjawisz?

- Dostaję wówczas żółtą kartkę. Muszę przyznać, że we Włoszech czy w moim rodzinnym domu często miałem kontrole. W czasie, gdy byłem na Kilimandżaro, w Rumi pojawili się panowie, otworzyła moja dziewczyna i powiedziała, że mnie nie ma, bo wyjechałem na obóz do Afryki. A ja po prostu zapomniałem w kalendarzu zmienić datę pobytu. Gdy zbierze się trzy żółte karki, zostajesz zawieszony na trzy lata. Podczas etapów na tourze to już w ogóle kontrola za kontrolą. Ja, kolarz, który nie wygrał przecież ważnych etapów, miałem z 20- 25 kontroli w ciągu roku. Taki Alberto [Contador] w ciągu roku jest kontrolowany nawet 100-120 razy. Pamiętam, jak podczas Giro Rafał miał kontrolę przed etapem i zaraz po. Owszem, zdarzają się przypadki kolarzy biorących doping, ale są to naprawdę marginalne incydenty. W innych sportach dopingu jest o wiele więcej. W kolarstwie walka z nim poszła tak do przodu, że ten proceder w zasadzie został wyeliminowany. Pewnie, że da się wygrać wielki tour bez wspomagania. OK, bierzemy tabletki. Są to jednak aminokwasy i leki akceptowane przez lekarzy. Teraz, gdy ta dyscyplina jest tak czysta, wygrywają młodzi. Dzięki czemu rosną szanse Polaków.

To ważne co mówisz. Ludzie, którzy oglądają kolarstwo z doskoku, których idolem był Armstrong stracili wiarę w czystość tego sportu.

- Wcale się tym ludziom nie dziwię. Ale zapewniam, że nie ma co porównywać kolarstwa kiedyś z tym dzisiejszym. Po prostu kontroli nie przeskoczysz.

Lepiej czujesz się jako "góral"?

- Tak. Na płaskich etapach się męczę. A to z tego względu, że jestem lekkim zawodnikiem.

Można to jakoś wytrenować?

- Akurat z tym trzeba się urodzić. Żeby być góralem, musisz być szczupły. Im mniejsza waga, tym lepiej. Wychowałem się na kolarstwie górskim, na etapach MTB. Dzięki temu zyskałem duży handicap. Dla mnie ważne jest na przykład ukształtowanie terenu, czy są duże wzniesienia, górki.

Zapewne twoim marzeniem jest podjazd pod słynne wzniesienia na Tour de France?

- Kiedyś marzyłem, żeby zostać zawodowym kolarzem. Kiedy już to się spełniło, w głowie pojawiła się myśl o Tour de France. Bo to najszybszy wyścig na świecie. Gdy widzę te wszystkie media i ilość dziennikarzy, po prostu szok. Bez porównania do innych wyścigów. Do tego mnóstwo kibiców. Uważam, że przyjdzie i mój czas na Tour de France. Może nie w przyszłym roku, ale po kilku latach już tak. Zwłaszcza że lubię dobrą pogodę. W niekorzystnych warunkach się męczę. Tak było w Giro. Fatalna pogoda, niska temperatura. Nie lubię tego. Muszę też pamiętać, że będąc młodym zawodnikiem nie mogę od razu być rzucony na głęboką wodę. Nawet między Giro, a TdF jest ogromna różnica.

Co czuje młody zawodnik, gdy pierwszy raz startuje w tak poważnym wyścigu jak Giro d`Italia?

- Gdy byłem młodszy, to sam się zastanawiałem: "Kurczę jak to jest jechać non stop przez trzy tygodnie". Gdzie dzień w dzień są etapy po 200 kilometrów. Jedziesz niezależnie od pogody. Czy świeci słońce czy pada deszcz. Myślałem: "Czy ja w ogóle dam radę? Jak to będzie?". W tym roku dostałem duży kredyt zaufania od kierownictwa grupy. Jako jedynego z młodych kolarzy wysłali mnie na duży tour. To było dla mnie duże wyróżnienie. Nie ukrywam, że było ciężko. Nawet do tego stopnia, że gdy 13. dnia obolały obudziłem się rano po wcześniejszym wyścigu, miałem ochotę wrócić do domu. Otwieram okno, a tu jeszcze leje, a ty masz do pokonania kolejne 200 kilometrów. Trzeba mieć odpowiedni charakter. Wychodzi to, czego nauczyłeś się, gdy byłeś młody. Kolarstwo to cholernie ciężki sport.

Czyli kolarstwo kształtuje charakter?

- Dokładnie. Uprawianie kolarstwa wiążę się z wieloma wyrzeczeniami. Muszę uważać co jem, co piję, o której idę spać, jaki trening zrobiłem. Potem wszystko wychodzi w praniu. Roweru nie da się oszukać. Siedząc na rowerze 6-7 godzin muszę być na maksa wypoczęty. Przygotowania do touru trwają od grudnia do marca. Bo wiosną zaczynają się najważniejsze wyścigi.

Przykładem tego co mówisz jest Rafał Majka, który na Giro miał problemy żołądkowe. Niesprawność organizmu i człowiek wysiada.

- Wygrywając etap Giro czy TdF trzeba być w 100-procentowej formie. Małe przeziębienie, choroba czy dolegliwości żołądka od razu odbijają się na dyspozycji. I już nie da się tego nadgonić. Dziś podstawa to dieta. Przez to, że mamy własnych kucharzy unikamy zatruć pokarmowych. Nawet śpiąc w czterogwiazdkowym hotelu, gdzie wydaje się jest jedzenie z wyższej półki, coś może zaszkodzić. Mamy własne talerze, sztućce.

Ile w ciągu roku robisz kilometrów?

- Ok. 30-35 tys.

A ile musisz trenować?

- Zależy kiedy. W listopadzie wróciłem do treningu po pięciu tygodniach przerwy. Nawet odstawiłem rower, żeby na niego nie patrzeć. Teraz trenuję codziennie. Po ok. 3-4 godziny. Na razie sama jazda bez żadnych ćwiczeń. Później jeszcze siłownia, basen. I wychodzą dwa treningi dziennie. A od stycznia na rowerze będę spędzał od 6 do 7 godzin. Okres wyścigowy wiąże się już z mniejszą ilością treningów. Głównie startujemy w wyścigach. W tym roku miałem 93 dni wyścigowe - zazwyczaj były to "etapówki".

Jak się współpracuje z Rafałem?

- Z Rafałem znamy się już od juniora. Śmiejemy się, że spędzamy ze sobą więcej czasu niż z rodziną. We Włoszech mieszkamy razem. Czasem nawet mam go dość [śmiech]. Ale nie mam kiedy od niego odpocząć. Kurczę, nawet wracam do domu, myślę sobie: "O spokój, nie ma Rafała, patrzę a tu on w reklamie Citroena" [śmiech]. Potem słyszę go w radiu. Dobrze się dogaduję z Rafałem. Jeździmy w tych samych wyścigach. Na współpracę nie mogę narzekać. Fajnie, że trzymamy się razem. Zawsze raźniej, gdy dwóch Polaków jest w jednym teamie. Teraz jest nas trzech [doszedł Maciej Bodnar - red.]. W ekipie non stop mówisz po angielsku, włosku. To męczące. Dlatego cieszę się, że możemy porozmawiać po polsku. Przede wszystkim Rafał to dobry kumpel.

Jak odbiera to zwycięstwo w Tour de Pologne?

- Rafał otwarcie przyznaje, że nie wygrałby tego wyścigu bez wsparcia zespołu. Wygrał też dwa etapy we Francji, tam oczywiście pokazał swoją ogromną siłę w górach, ale nawet takie zwycięstwo jest powiązane z zaangażowaniem całej ekipy. Może nie uwierzycie, ale ostatnio rozmawiałem z Rafałem, który przyznał, że dla niego dużo ważniejsze jest zwycięstwo w Polsce niż we Francji. Podczas wyścigu w naszym kraju pamiętam pierwszy etap, kiedy nagle rozpętała się olbrzymia burza, drzewa się łamały i spadały na jezdnię. Dlatego nasza ekipa pojechała na przód, Rafał był schowany pomiędzy nami i tak dociągnęliśmy go do mety. Nie musiał bać się wiatru i kraks.

Na pewno zaliczyłeś niejednego "szlifa".

- Pamiętam ogromną kraksę na Giro. Upadło nas wtedy około 60 zawodników. Niektórym się wydaje, że kolarstwo nie jest sportem niebezpiecznym. Może tak to wygląda, jednak polecam przejechać się w 200-osobowym peletonie, gdzie każdy się przepycha, jest walka, czuć, że jest to "żywy organizm", a gdy któryś zawodnik się przewróci, reszta ma marne szanse, aby ominąć upadek. Wtedy działa efekt domina i kilkunastu, kilkudziesięciu zawodników ląduje na asfalcie. Jesteśmy chronieni tylko przez kask, a przy zjazdach osiągamy czasami ponad 100 km/h. Wystarczy, że pęknie nam opona i w najlepszym razie lądujemy w rowie. Wiele razy po przyjeździe do hotelu było trzeba patrzeć na rany. Rany, które często przyprawiały o mdłości.

Kolarze nie są typami gwiazdorów. Nie obnoszą się z tym, że są wielkimi sportowcami.

- Zawodowstwo nie oznacza, że masz się zmieniać. Nawet gdy wygrywasz, musisz pozostać takim samym człowiekiem. Staram się być normalny. Wiem, że niejednemu od sukcesów mogłoby odbić. I potem ma się za nie wiadomo kogo, bo jeździ po świecie, zarabia dobre pieniądze, jeszcze w tym co lubi i nagle zapomina o znajomych. Ja taki nie jestem. Michał i Rafał są normalnymi ludźmi. OK, jesteśmy odbierani jako osoby publiczne, ale i z tym da się żyć. Oczywiście wiąże się to z pewnym zachowaniem.

Jesteś rozpoznawalny na ulicy?

- Zaczynam to odczuwać. Ale znacznie gorzej jest na wyścigach, kiedy po ciężkim etapie, ludzie proszą cię o autograf czy zdjęcie, a ty jesteś po prostu zmęczony. Ale musisz pamiętać, że to część twojej pracy.

Plaża trójmiejska czy włoska?

- Powiem wam szczerze, że jednak włoska. Mieszkam nad morzem, a ostatni raz byłem tutaj na plaży chyba jak miałem 12 lat. Nawet jak mam wolne, to wolę siedzieć w domu z dziewczyną. Siedzieć i nic nie robić. Bo jak myślę sobie, że znów muszę się pakować, wozić ze sobą walizkę na lotnisko, lot, hotel, to wolę odpoczywać. Nigdy nie myślałem, że najlepszym odpoczynkiem będzie dla mnie leżenie przed telewizorem. Wyłączam wtedy telefon i staram się o niczym nie myśleć. Poza domem jestem 10 miesięcy w roku. Mnóstwo czasu spędzam we Włoszech. Co będę mówił - lubię Włochy. Przyzwyczaiłem się do ich stylu. Lubię tam spędzać czas, trenować, lubię tych ludzi. Mam więcej znajomych we Włoszech niż w Polsce. Tam człowiek czuje, że żyje. Ładna pogoda. Odpoczynek. A jak przyjeżdżam do Polski, to zazwyczaj w październiku i listopadzie.

Fajnie to brzmi: chłopak z Rumi na Kilimandżaro. Szkoda, że nie na "dachu świata". Za to na szczytach wielkiego kolarstwa.

- Bjarne Riis zawsze słynął z integracji zespołu. Lubił integrować grupę w nietypowych miejscach. Gdy przychodziłem do Tinkoff-Saxo, pierwsze zgrupowanie mieliśmy na Gran Canarii. Obóz typowo zapoznawczy, bez rowerów. Zorganizował nam różne gry. Jeździliśmy na gokartach, skakaliśmy na bungee. To był team building. Pomagaliśmy sobie jak na wyścigu. O wyprawie na Kilimandżaro dowiedziałem się na krótko przed. Jakoś po sezonie. Sprawdzam pocztę, odczytuję maila, a tam wiadomość, że wysyłają mnie do Afryki. Na początku myślisz: "Ja pierdzielę, znów samolot". Ale z drugiej strony, to uświadamiasz sobie, że może to być fajne przeżycie. Nawet nie mieliśmy czasu, żeby przygotować się na wyprawę. Byliśmy z Rafałem w Tokio, potem jeden dzień w Polsce. I musieliśmy szybko wszystko załatwiać.

Sama podróż... to chyba pięć najgorszych dni w moim życiu. Na początku było łatwo. Chodziliśmy marszem po 5-6 godzin. Owszem byliśmy zmęczeni, ale to nic w porównaniu z życiem poza cywilizacją. Byliśmy odcięci od świata. Zero łączności. Telefon nie działał. Bez internetu [śmiech]. Zmęczeni docieraliśmy do obozu, a tam ciągle padało. A ty musiałeś rozbić namiot. Wszystkie ciuchy przemoczone. Ani się przebrać, ani nic. Noce były zimne. Temperatura spadała do pięciu stopni poniżej zera. Jednak największe problemy zaczynały się od wysokości 5 tys. metrów. Były przypadki, że na takiej wysokości ludzie mdleli.

Wy jednak byliście zahartowani. Jako kolarze jesteście przygotowani na duży wysiłek?

- My tak. Wiedzieliśmy, jak znosić zmęczenie, ale oprócz kolarzy na Kilimandżaro wchodziła cała ekipa. Wszyscy. Nawet osoby, które na co dzień bookują nam bilety w hotelach podczas sezonu. Było nas 90 osób, a zawodników 20. Chodziło o zgranie całej drużyny, całej korporacji.

Jednak od 6 tys. metrów nawet my ciężko znosiliśmy wspinaczkę. Zaczęły się bóle głowy, wymioty. Liczy się jednak osiągnięcie celu, czyli zdobycie najwyższego szczytu w Afryce. Dodatkowo widać było zgranie zespołu. Contador, lider grupy, pomagał każdemu z grupy. W pewnym momencie zostawił swój plecak i zszedł kilkadziesiąt metrów w dół, aby pomóc tym, którzy gorzej sobie radzili.

Trochę narzekasz na Kilimandżaro. Może chociaż były jakieś empiryczne pozytywy?

- No tak, widoki były fantastyczne, jednak przez zmęczenie, przemoknięcie i niewyspanie bardziej będę wspominał trudność tej wyprawy. Niczym ta wspinaczka nie różniła się od jazdy w peletonie. Też przez kilka godzin dziennie musiałem patrzeć w dół na swoje nogi. Nic więcej.

A teraz po tylu dniach od powrotu nie czujesz dumy?

- Gdy wróciłem do domu, dopiero zdałem sobie sprawę z tego czego dokonałem; "kurczę, byłem niedawno na Kilimandżaro, dokonałem tego". Będę miał wspomnienia do końca życia. Przecież nigdy w życiu nie wpadłbym nawet na pomysł, aby porwać się na takie coś.

Dodatkowo byliśmy w typowo afrykańskich wioskach. Po takim przeżyciu zmienia się perspektywa patrzenia na własne życie. Zdajesz sobie sprawę, że dobra doczesne są mało warte. Przejmujesz się, że paliwo podrożało albo zastanawiasz się, do jakiej restauracji pójdziesz. Tam problemy są prawdziwe. U nas na siłę tworzone. Ale to jest efekt, na którym zależało Bjarne. On chce, aby ludzie jeżdżący w jego teamie byli świadomi życia, nie chronieni w bezpiecznym balonie.

Nie żałujesz czasami, że zamiast chodzić z kumplami na dyskoteki musisz tak restrykcyjnie patrzeć na swoją dietę i codziennie trenować?

- Zupełnie nie. Wiem, że mam sporo wyrzeczeń, ciągle ciężko pracuję, poświęcam mnóstwo godzin na trening, nie mam życia prywatnego. Ale ja po prostu kocham ten sport! I daje mi niesamowitą satysfakcje to, że jestem zawodowym kolarzem!

Więcej o:
Komentarze (2)
Wielki przyjaciel Rafała Majki. Kolarz z Rumi zdobywa szczyty
Zaloguj się
  • krzysztof_303

    Oceniono 17 razy 11

    Kolarze muszą uciekać z tego kraju, piłkarze muszą uciekać.. studenci muszą uciekać.. ale i tak jest zaj..iście!!

  • bu-shy

    Oceniono 2 razy 0

    "Jednak od 6 tys. metrów nawet my ciężko znosiliśmy wspinaczkę"

    Ktoś tu popuścił wodze fantazji, Kilimandżaro ma niecałe 5900 m :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX