Życiowa forma Anny Rogowskiej: Czuję, że to mój czas

Anna Rogowska w swojej karierze stała już na olimpijskim podium, jest aktualną mistrzynią świata, ale dopiero w poprzedni weekend zdobyła pierwszy złoty medal halowych mistrzostw Europy. Na dodatek bijąc po 6 latach własny rekord Polski. - Nigdy nie czułam się tak dobrze pod względem fizycznym i psychicznym - zapewnia
Tomasz Osowski: Długa czekała pani na złoto w mistrzowskiej imprezie w hali, ale kiedy wreszcie udało się je zdobyć to od razu w pięknym stylu. Po niemal 6 latach pobiła pani własny rekord Polski, a 4,85 m to czwarty wynik w historii: wyżej skakały tylko Jelena Isinbajewa, Jennifer Stuczynski-Suhr oraz Swietłana Fieofanowa.

Anna Rogowska: Jestem z tego powodu podwójnie szczęśliwa. To, że w Paryżu usłyszę Mazurka Dąbrowskiego założyłam sobie już kilka miesięcy temu, ale tego, że przy okazji pobiję rekord Polski przewidzieć nie mogłam. Tego dnia sprzyjało mi wszystko. Sama czułam się świetnie pod każdym względem, atmosfera w hali była fantastyczna bo zawodnicy z Francji co chwila zdobywali złote medale i bili rekordy świata, na dodatek znakomicie spisywali się moi koledzy z reprezentacji. Takiej szansy na pobicie rekordu Polski zmarnować nie mogłam, mało tego wierzyłam, że stać mnie na przeskoczenie kolejnej wysokości - 4,91 m.

Podobno pierwotnie chciała pani skakać 4,90 m, ale inne rozwiązanie podpowiedzieli sędziowie.

- Przypomnieli mi, że rekord halowych mistrzostw Europy wynosi właśnie 4,90 m i zaproponowali podniesienie wysokości. Zgodziłam się, bo jeden centymetr to żadna różnica. Tym razem jeszcze się nie udało, ale jestem pełna nadziei, że jeszcze w tym roku przeskoczę tę wysokość. A uprzedzając pytanie o 5 metrów. Jak każda tyczkarka marzę o pokonaniu tej wysokości i myślę, że gdyby nie moje kłopoty zdrowotne w przeszłości, już dawno udałoby mi się tego dokonać. W tej chwili nie mogę zadeklarować kiedy i czy dołączę do jednoosobowego "Klubu 5 metrów" [na razie jest w nim tylko Isinbajewa], ale na pewno będę podejmować próby.

Isinbajewa i Fieofanowa miały nosa, że nie pojawiły się w Paryżu, bo raczej nie miałaby szans w starciu z tak dysponowaną Anną Rogowską.

- Ja już od dłuższego czasu nie oglądam się na rywalki, koncentruję się tylko na sobie. Nie interesuje mnie co robią Isinbajewa czy Fieofanowa skupiam się na swojej pracy i swoich startach. Szkoda, że Rosjanek zabrakło w Paryżu, ale w sezonie letnim spotkamy się nie raz.

Przed zawodami dużo mówiło się o rywalizacji z Silke Spiegelburg, która w ubiegłym roku, zazdrosna o lepsze wyniki, "wygoniła" panią z ośrodka treningowego w Leverkusen. Jednak kiedy razem stałyście w Paryżu na podium [Spiegelburg zdobyła srebro] nie widać było niechęci.

- Ja tą sprawę uważam za zamkniętą, nie żywię do Silke żadnej urazy. Co prawda forma usunięcia mnie z Leverkusen powinna być inna, ale stało się tak jak się stało i nie ma co do tego wracać. Chcę raz na zawsze zakończyć tą dyskusję: Spiegelburg nie jest moim wrogiem, jest po prostu jedną z moich rywalek.

Proszę powiedzieć z czego cieszy się pani po starcie w Paryżu najbardziej. Ze złotego medalu, rekordu Polski czy wyrównaniu rekordu życiowego... trenera i męża Jacka Torlińskiego?

- (śmiech). Najbardziej oczywiście ze złota, choć dzięki temu, że skoczyłam 4,85 m wreszcie mogę powiedzieć, że w naszym małżeństwie pod każdym względem jesteśmy na równi. W życiu prywatnym wszystkie decyzje podejmujemy razem, w naszym związku nie ma "lidera", podobnie jest w trakcie treningów. Do tej pory Jacek był lepszy tylko pod względem rekordu życiowego, ale już nie jest. Zresztą postaram się, żeby ten znak równości jak najszybciej zlikwidować (śmiech).

Za panią świetny sezon halowy, ale w dotychczasowej karierze nie zawsze przekładało się to na dobre starty na otwartych stadionach. Tak było chociażby w ubiegłym roku kiedy w sezonie halowym uzyskała pani 4,81 m, a w letnim tylko 4,71 m. Jak będzie w tym roku?

- Nie dopuszczam myśli, żeby powtórzyła się sytuacja z poprzedniego sezonu, a mój optymizm opieram na kilku przesłankach. Przede wszystkim dzięki przynależności do "Klubu Polska 2012" [znajduje się w nim 32 sportowców, w tym 8 lekkoatletów, którzy mają realne szanse na medale igrzysk olimpijskich w Londynie] mam zapewniony pełen komfort przygotowań. Po raz pierwszy w karierze na wszystkich zgrupowaniach towarzyszy mi fizjoterapeuta, dzięki czemu moja głowa wolna jest od obaw związanych z ewentualnymi kłopotami zdrowotnymi. Wiadomo jakie problemy z kontuzjami miałam w poprzednich latach i jak źle wpływało to na moją psychikę. Teraz kiedy tylko coś zaboli mnie na treningu od razu wiem co się dzieje i natychmiast podejmujemy odpowiednie kroki. W poprzednich latach takiego komfortu nie miałem, przez co nie do końca mogłam skupić się tylko na treningach.

Jako zawodniczka światowej czołówki musiała pani czekać na ten komfort długie 10 lat... To niepojęte.

- Najważniejsze, że w końcu się doczekałam.

Jak przygotowywać się pani będzie do sezonu letniego, kiedy planuje pani pierwszy start?

- Teraz jestem w Trójmieście i mam chwilkę odpoczynku od skakania, choć oczywiście nie oznacza to całkowitej laby. Tyczkę do ręki wezmę dopiero podczas zgrupowania w RPA, na którym przebywać będziemy 3 tygodnie (przełom marca i kwietnia). Potem wracamy na chwilę do Polski, konkretnie do Spały, a na początku maja udajemy się do Kalifornii. Będziemy trenować w znakomicie wyposażonym amerykańskim ośrodku przygotowań olimpijskich w miejscowości Chula Vista. Nie jest łatwo się tam dostać, ale pomogła nam Stacy Dragila [była świetna zawodniczka amerykańska, obecnie trenerka], z którą mamy bardzo dobre kontakty. Zostaniemy tam aż do pierwszego startu - 4 czerwca w mityngu z cyklu Diamentowej Ligi w Eugene. A najważniejsza impreza sezonu to oczywiście mistrzostwa świata w południowokoreańskim Daegu [27 sierpnia - 4 września].