Anna Rogowska: Skakałam już na molo, na plaży i w supermarkecie

- Jeśli będzie ciepło, a wiatr będzie wiał w plecy, to poprawienie rekordu tego konkursu, choćby o centymetr, jest możliwe - mówi przed środowymi zawodami Green Up Tyczka na Molo 2011 Anna Rogowska z SKLA Sopot.
Paweł Borkowski: Jak się skacze przed własną publicznością?

Anna Rogowska: Część widowni stanowić będzie moja rodzina i moi przyjaciele, którzy nie mają zbyt wielu okazji do oglądania mnie na żywo. Będzie więc okazja pokazania się najbliższym i trójmiejskiej publiczności.

Czuje pani presję, gdy obserwują panią najbliżsi?

- Nie, to jest raczej mobilizujące. Chciałabym przede wszystkim wygrać, a jest z kim skakać, bo są Monika [Pyrek] i Martina [Strutz]. Cieszę się, że będę miała rywalizację na wyższych wysokościach.

Szykuje się pani do pobicia swojego rekordu Tyczki na Molo - 4,77 m?

- Chciałabym zaatakować ten rekord. Jeśli będzie ciepło, a wiatr będzie wiał w plecy, to poprawienie tego wyniku, choćby o centymetr, jest możliwe. W innych warunkach, w deszczu czy pod wiatr, nie dość, że skacze się nisko, to każdy oddany skok jest niebezpieczny. Wtedy skacze się tylko, by przetrwać konkurs i nie zrobić sobie krzywdy.

Tyczka na molo po raz kolejny ma mocną obsadę - Pyrek, Polnowa, Strutz... Czuje pani presję ze strony tych zawodniczek?

- To nie jest presja. Ich obecność działa na mnie mobilizująco. Staraliśmy się w Sopocie o taką obsadę, by ten konkurs był interesujący dla widza. Jestem przekonana, że emocje będą rosły z każdym skokiem, a gdy już włączą się do rywalizacji zawodniczki, które mają rekordy życiowe powyżej 4,70 m, to między nimi rozstrzygnie się walka o podium. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale to jest sport i może być różnie, zawsze może zdarzyć się jakaś niespodzianka.

Dużo się mówi o Tyczce na Molo jako o imprezie rodzinnej, od doboru zawodniczek po bliski kontakt z publicznością.

- Rodzinna atmosfera w Sopocie jest odczuwalna. Jeśli skacze się na wysokim poziomie od wielu lat, to zna się te zawodniczki, bo one są na wszystkich ważnych zawodach. Kiedy dzwoniliśmy do Martiny [Strutz], by zaproponować jej start w Sopocie, zgodziła się od razu. Tutaj jest inaczej niż podczas jakichkolwiek innych zawodów, bo tutaj widzowie są bardzo blisko i czuć ich obecność, co tworzy niepowtarzalną atmosferę zawodów.

Widz, który jest na wyciągnięcie ręki nie dekoncentruje na rozbiegu?

- Nie przeszkadza. Po tylu latach skakania w różnych miejscach - na plaży czy w supermarkecie - można się przyzwyczaić, a ja dobrze wspominam te występy. Jest okazja do bezpośredniego spotkania kibica ze sportowcem, a wsparcie widzów jest o wiele bardziej odczuwalne niż w typowej przestrzeni.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »