Sport.pl

BNP Paribas Polish Open. Festiwal przełamań w półfinale, Francuz Eric Prodon drugim finalistą

Drugi półfinał na sopockim turnieju dostarczył jeszcze więcej emocji niż pierwszy. Nie zabrakło niczego, było wiele przełamań, długie wymiany i szczera radość Prodona po wygranej z Janem Hajkiem 4:6, 7:6, 7:6.
To było święto tenisa, na które wszyscy w Sopocie czekali. Zacięty trzysetowy bój Francuza Erika Prodona z Czechem Janem Hajkiem śmiało można uznać za najciekawsze jak dotychczas spotkanie turnieju. Koneserzy tenisa znaleźli tu wszystko, walkę, ambicję, techniczne umiejętności, szybkie returny, kąśliwe slice'y, celne woleje, a przede wszystkim... masę przełamań.

Już w pierwszym secie z dziesięciu gemów w nim zdobytych, aż pięć padło po przełamaniu serwisu przeciwnika. Najpierw udało się to rozstawionemu na sopockiej imprezie z numerem 4. Prodonowi. I to od razu dwukrotnie, Francuz po czterech gemach prowadził już 3:1. Jedyny punkt Hajek zdobył wtedy, a jakże, po przełamaniu. Gdy w piątym gemie Prodon prowadził już 40:0, na korcie nie było chyba nikogo, kto wierzyłby jeszcze w wygranie tego seta przez Hajka. Ambitny Czech wziął się wtedy jednak do roboty. Wygrał nie tylko "przegranego" gema, ale też dwa kolejne i... wyszedł na prowadzenie. Przewagi już z rąk nie wypuścił i wygrał pierwsze rozdanie. Jego grę cechowała niesamowita ambicja. Czech biegł do każdej piłki, popisywał się celnymi i mocnymi returnami. Francuz jednak nie pozostawał mu dłużny. Wymiany trwające po kilkadziesiąt sekund to był znak firmowy drugiego półfinału.

Drugiego seta Hajek rozpoczął tak samo jak pierwszego. Serwował i oddał gema Prodonowi, który po chwili prowadził już 2:0. Czechowi do remisu udało się doprowadzić dopiero w szóstym gemie, oczywiście przełamując serwis. Kilkanaście minut później Czech stanął przed pierwszą i, jak okazało się, ostatnią szansą na zakończenie meczu po swojej myśli. Prowadził 5:4 i przy podaniu Prodona miał dwie piłki meczowe. Pierwszą zepsuł niewymuszonym błędem, a przy następnej nadział się na wolej Prodona. I zamiast awansu Czecha do finału, zrobiło się 5:5. - Myślałem, że już po mnie. Byłem bardzo zmęczony, a Hajek mocno naciskał - opisywał tę sytuację po meczu szczęśliwy zwycięzca. - Udało mi się wrócić na tor tylko dlatego, że pomyślałem sobie "co ma być to będzie" i podszedłem do tego na luzie - dodał. Kilka minut później mieliśmy już tie-breaka, w którym minimalnie lepiej zaprezentowała się "czwórka" turnieju.

Decydująca partia wiele nie różniła się od poprzednich. Tu również mieliśmy mnóstwo długich wymian, a widzów emocjonowały kolejne przełamania. Obaj zawodnicy szli łeb w łeb, aż doprowadzili do kolejnego tie-breaka. W nim zdecydowanie lepszy był już Prodon, który przy stanie 6:1 zaczął już pomału celebrować wygraną. Pierwszą piłkę meczową Hajkowi udało się jeszcze wybronić, ale wobec atomowego serwisu Francuza w kolejnym podejściu był już bezradny. - Rzadko wygrywam po tie-breakach. Zazwyczaj mecze z moim udziałem kończą się szybko. Albo je szybko wygrywam, albo przegrywam - śmiał się Prodon po meczu. - Teraz czeka mnie bardzo trudny mecz z Nikolą Ciriciem. Jestem już trochę zmęczony turniejem, ale postaram się wykrzesać jakieś rezerwy - zapewniał na pomeczowej konferencji prasowej.

Awans do finału sopockiego turnieju pozwoli Francuzowi po raz pierwszy w karierze awansować do pierwszej setki rankingu ATP oraz przystąpić do turnieju głównego wielkoszlemowego US Open bez eliminacji. - Bardziej cieszę się z tej setki - przyznał finalista. - Mam już trzydziestkę na karku i bardzo się cieszę, że na starość udało mi się tam awansować. US Open to będzie już tylko taki przyjemny bonusik - zakończył uśmiechnięty Francuz.

Więcej o: