Londyn 2012. Adam Korol. Mistrz cały czas głodny

- W naszej czwórce coraz częściej zdarzają się nieporozumienia, problemy z komunikacją, raz jeden coś odburknie, raz drugi i kłótnia gotowa. Czasami mamy siebie dosyć, ale łączy nas wspólnota celu - medal w Londynie. Bez względu na okoliczności tylko to się liczy - mówi wioślarz Adam Korol, który wraz z kolegami z czwórki podwójnej walczyć będzie o drugie olimpijskie złoto.
Tomasz Osowski: Jak w przeddzień igrzysk czuje się zawodnik, który w sporcie osiągnął już wszystko, jest czterokrotnym mistrzem świata, mistrzem Europy, rekordzistą świata, a w Londynie bronić będzie olimpijskiego złota. Więcej zdobyć się nie da. Nie brakuje motywacji?

Adam Korol: Jak to więcej się nie da. Mistrzem olimpijskim byłem "tylko" raz, a chciałbym być dwukrotnym mistrzem olimpijskim (śmiech). Sportowcy to taki gatunek ludzi, który do kolejnych wyzwań napędzają zwycięstwa. Gdybym do tej pory nic nie wygrał to pewnie miałbym mniejszą motywację do pracy, niż w sytuacji kiedy zdobyłem już wszystko. Zwycięstwo to coś pięknego, jak raz tego posmakujesz, chcesz więcej i więcej. Poza tym ja naprawdę uwielbiam to co robię, chociaż gdyby np. dziś ktoś stanął na brzegu i zobaczył jak zapieprzamy, to pewnie złapałby się za głowę i pomyślał: "To jakiś wariat, jak można lubić taką harówkę".

Dziś? Do waszego pierwszego startu już tylko tydzień, myślałem, że ciężka praca treningowa już za wami, teraz jak to się ładnie mówi "łapiecie świeżość".

- A gdzie tam! Do niedzieli [22 lipca] zasuwamy na maksa, na pełnych obrotach. Zakwaszenie mięśni mamy w tej chwili na poziomie 15 milimoli, jak ktoś jest ciekawy może sobie sprawdzić co to znaczy. Trzeba pamiętać o tym, że owszem nasz pierwszy start zaplanowany jest na 28 lipca, ale finał mamy 3 sierpnia. A dla nas to będzie przecież najważniejszy wyścig na tych igrzyskach. Tego dnia musimy mieć najwyższą formę, musimy być przygotowani na potworny wysiłek, nasze mięśnie muszą wytrzymać ponad pięć minut maksymalnego napięcia, a równocześnie nasza łódka musi płynąć leciutko i bezszelestnie, technika musi być nienaganna. To w naszym sporcie jest właśnie najtrudniejsze - połączenie brutalnej siły i brylantowej techniki. Kto wyważy te proporcje najlepiej, wygra najważniejszy wyścig czterolecia.

Dla waszej osady to były ciężkie cztery lata, szczególnie dla pana. Zaczęło się planowo od mistrzostwa świata w 2009 roku w Poznaniu, potem z rozpędu zdobyliście mistrzostwo Europy. Jednak 2011 rok to był koszmar. Z powodu kontuzji kręgosłupa nie wystąpił pan w mistrzostwach świata, rozważał pan nawet zakończenie kariery.

- Z kręgosłupem nie ma żartów. Wiedziałem, że kontuzję muszę zaleczyć do końca, nie było mowy o półśrodkach, blokadach, leczeniu zachowawczym. Lekarz musiał mi powiedzieć "Adam z kręgosłupem jest wszystko ok, jesteś przygotowany na trening z pełnymi obciążeniami bez ryzyka odnowienia kontuzji". Jeśli nie usłyszałbym tych słów dałbym sobie spokój. Za chwilę kończę karierę sportowca, nie chcę być na resztę życia kaleką. Musiałem być też uczciwy wobec kolegów, kręgosłup musiał przecież wytrzymać kilka miesięcy ciężkiej pracy. Na szczęście w momencie rozpoczęcia bezpośrednich przygotowań do igrzysk - w listopadzie ubiegłego roku - byłem już w pełni wyleczony, gotowy na 100 procent do morderczej harówki. No i odpukać dotrwałem do dziś w bardzo dobrym zdrowiu. Pod tym względem przygotowania były idealne. Zresztą podobnie było z kolegami, groźniejsze urazy na szczęście nas ominęły.

Ale problemów nie brakowało.

- Nie da się ukryć, że przez długi czas strasznie się w łódce męczyliśmy. Pływaliśmy ciężko, wręcz topornie, nie było płynności, zrozumienia. Brakowało tego błysku, którym wygrywaliśmy wszystkie najważniejsze imprezy. Doszło nawet do tego, że w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania w jednym z wyścigów Pucharu Świata zamieniliśmy się miejscami z Markiem Kolbowiczem [Korol normalnie siedzi w pierwszej dziurze, na tzw. "szlaku", Kolbowicz siedzi jako trzeci], ale szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, to nie było to czego szukaliśmy. W całym sezonie byliśmy zadowoleni właściwie tylko z jednego wyścigu - półfinału Pucharu Świata w Lucernie. Po nim przez głowę przemknęła nam myśl, że na dobre wróciliśmy do gry. Co z tego skoro w finale daliśmy ciała, popłynęliśmy beznadziejnie i zajęliśmy ostatnie miejsce. Przez cały sezon najbardziej brakowało nam właśnie powtarzalności. Na szczęście w ostatnich tygodniach wygląda to już znacznie lepiej, na treningach łódka znów zaczyna płynąć, czujemy, że jesteśmy na dobrej drodze i to dodaje nam pewności siebie. Starzy mistrzowie jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa! [Korol, Kolbowicz, Konrad Wasielewski i Michał Jeliński mają w sumie 140 lat].

W tym składzie jeszcze nigdy nie przegraliście na wielkiej imprezie, od 2005 roku wygrywacie wszystko i wszędzie. Na mniej ważnych zawodach rywale potrafią was pokonać, ale kiedy przychodzi dzień wielkiej próby jesteście nie do ruszenia.

- Rzeczywiście w tym składzie zawsze wracamy ze złotym medalem, ale gdybym miał szukać jakiegoś porównania, to w tej chwili jesteśmy w sytuacji brazylijskich siatkarzy. Oni też przez lata wygrywali wszystko, a ostatnio przyjęli kilka ciężkich ciosów. Ale nie nokautujących, myślę, że na igrzyskach znów pokażą klasę, choć oczywiście liczę, że złoto wywalczą Polacy. Nas czeka w Londynie piekielnie ciężkie zadanie. To co w tym roku pokazują rywale to jakiś kosmos, poziom jest niesamowicie wysoki. Chorwaci, Niemcy, Rosjanie, Australijczycy, Estończycy i jeszcze kilka innych osad pływa wręcz fantastycznie.

Szczególnie groźni są Chorwaci, o których mówi się, że to ulepszona wersja "dominatorów" (tak mówi się od lat o polskiej osadzie). Są równie dobrzy technicznie, a do tego mocniejsi fizycznie.

- To prawda są świetni, kiedy w 2010 roku zdobyli mistrzostwo świata w Nowej Zelandii [Korol i spółka tam nie startowali] wydawało się, że zdominują naszą konkurencję na wiele lat. Tym bardziej, że są bardzo młodzi. Ale już rok później zajęli dopiero trzecie miejsce, przegrali z Australijczykami i Niemcami. To pokazuje jak trudno we wioślarstwie wygrywać seryjnie.

Wy wygraliście sześć wielkich imprez pod rząd...

- No to powiedzmy, że Chorwaci mają jeszcze trochę do zrobienia (śmiech). A tak poważnie to oczywiście jedziemy do Londynu po złoto, ale każdy medal byłby dla nas ogromnym sukcesem. To będą już moje piąte igrzyska olimpijskie więc nie czuję takiego dreszczyku emocji jak przed debiutem w 1996 roku w Atlancie [startował wówczas w dwójce podwójnej z Kajetanem Broniewskim], czy choćby przed czterema laty kiedy ciążyła na nas ogromna presja, bo kto jak kto, ale my po prostu musieliśmy wygrać. To naprawdę straszne uczucie, kiedy startuje się ze świadomością, że srebrny medal odebrany będzie jako klęska i koniec świata. Wytrzymaliśmy to, więc dziś przed startem w igrzyskach nie mam żadnych obaw. Walczę o siódmy złoty medal dużej imprezy, więc czego mam się bać? Ja już nic nie muszę, tylko mogę.

Pekin to było wasze apogeum, po prostu zdmuchnęliście konkurencję. Dotarliście na metę o niemal 2,5 sekundy przed drugą osadą, we wioślarstwie to przepaść. Co zmieniło się od tego czasu?

- Nie da się ukryć, że nie jesteśmy już tym samym zespołem. Pływamy razem od ośmiu lat, to szmat czasu. Coraz częściej zdarzają się nieporozumienia, problemy z komunikacją, raz jeden coś odburknie, raz drugi i kłótnia gotowa. Idylli to na pewno u nas nie ma (śmiech). Znów wracając do siatkówki - po triumfie w Lidze Światowej kapitan naszego zespołu Marcin Możdżonek powiedział, że w ich zespole nie wszyscy się lubią, ale się tolerują. U nas jest podobnie. Czasami mamy siebie dosyć, ale łączy nas wspólnota celu, wiemy o co walczyć będziemy w Londynie i w tym momencie wszystkie inne sprawy są nieważne. Mamy po prostu zdobyć medal, bez względu na okoliczności. Motywacji na pewno nam nie zabraknie.

Tor Eton, na którym odbędą się regaty wioślarskie podczas igrzysk, to dla was miejsce wyjątkowe. Start na igrzyskach może spiąć w piękną klamrę całą historię "dominatorów".

- To prawda. Właśnie tutaj podczas zawodów Pucharu Świata w 2005 roku miał miejsce pierwszy oficjalny start naszej czwórki. Od razu udało nam się wskoczyć na podium [Polacy zajęli wówczas 3. miejsce], jakże pięknie byłoby to powtórzyć na igrzyskach. W międzyczasie zdobyliśmy na tym torze również mistrzostwo świata w 2006 roku, więc miejsce jest dla nas szczęśliwe. Jedyny minus jest taki, że ze względu na odległość Eton od Londynu nie będziemy mieszkać w wiosce olimpijskiej i właściwie czuć się będziemy jak na normalnych zawodach wioślarskich. To również sprawi, że nie do końca "wejdziemy" w atmosferę igrzysk.

Wy ruszacie do boju już kilkanaście godzin po ceremonii otwarcia.

- Jeżeli nie wydarzy się nic niespodziewanego czekają nas trzy wyścigi, trzy ostatnie wyścigi w mojej karierze...

Kiedy startują?

28 lipca , godz. 10.30 (I runda), 31 lipca , godz. 10.30 (ewentualne repesaże), 2 sierpnia, godz. 10.30 (półfinały), 4 sierpnia, godz. 10.30 (finały).

Adam Korol, 38 lat, klub AZS AWFiS Gdańsk. Mistrz olimpijski (2008 rok), czterokrotny mistrz świata (2005, 2006, 2007, 2009), mistrz Europy (2010). Do tej pory startował na igrzyskach olimpijskich w 1996, 2000, 2004 i 2008 roku.

Czy Adamowi Korolowi uda się wywalczyć drugi medal olimpijski? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! +1? »


Kto ma rację w wymianie zadań między Włoszczowską i Szurkowskim?
Włoszczowska
Szurkowski
Ile medali zdobędzie Polska?
Londyn 2012 czy Euro 2012?
igrzyska
piłka